Do pewnego momentu film jest swietny i przywodzi na mysl powiesci Dumasa, zwlaszcza Trzech Muszkieterow. Oto bowiem pewien mezny wojak z niewyparzona geba zmuszony jest podawac sie za kogos, kim nie jest. Nastepnie walczy o to, zeby na uzyskana fortelem pozycje zasluzyc. Wplatuje sie jednoczesnie w niebezpieczna rozgrywke polityczna na najwyzszych szczeblach, by ostatecznie odegrac wazna role w obronie swojego kraju. Najlepszy jest tutaj srodek, kiedy Robin probuje wejsc w buty sir Roberta, zwlaszcza scena odzyskania pobranego tytulem haraczu ziarna. I to jest fajne, bo wiarygodnie umotywowane - Robin daje lupnia tym, ktorzy odebrali mu cos, co w zasadzie nalezalo do niego. Na tym etapie myslalem sobie naiwnie, ze moze w tym kontekscie objawi sie najwieksza modyfikacja w stosunku do dotychczasowych filmow o Robin Hoodzie - ze Robin nie bedzie walczyl w obronie ciemiezonego ludu angielskiego, tylko w obronie swoich wlosci. Tworcy jednak postanowili przypisac mu wieksze ambicje. I tu nastepuje pekniecie. Nagle bowiem okazuje sie (za sprawa niezgrabnie wcisnietych, kompletnie niepotrzebnych retrospekcji), ze Longstride nie jest prostym zolnierzem, ale synem kogos, kto glosil idee wolnosciowe i przyczynil sie do spisania Wielkiej Karty Swobod. Nagle pojawiaja sie wzniosle slowa, madre mysli i patetyczne przemowy. Nie zdazymy mrugnac okiem, a Robin staje na czele wojsk pedzacych aby powstrzymac francuska inwazje. Ta ogromna skrotowosc i niemalze momentalne awansowanie Robina jest kuriozalne, tak samo kuriozalne jak pojawienie sie ni z gruchy, ni z pietruchy Marion na polu bitwny (jedynie po to, aby spowodowac wiecej dramaturgii w rozczarowujacym pojedynku z Godfreyem). W finale dostajemy zas kompletnie nijaka, odbebniona scene batalistyczna. Wychodzi na to, ze scenarzyscie starczylo talentu i pomyslow jedynie na 3/4 seansu. Na oslode pozostaja w pamieci glownie idealnie obsadzeni w swoich rolach aktorzy (wiedzialem, ze zarzuty o kiepskiej roli Crowe'a to jakies brednie).
26-05-2010, 14:25





