Danus-spoko, na dziś wystarczająca ocena. W ciągu najbliższych miesięcy będziesz myślał o filmie coraz więcej, i w końcu dojdziesz do wniosku, że zobaczyłeś arcydzieło :wink:
Riverworld- :shock: - wiem, jak zalicza się Rzym, może człowiekowi pęknąć żyłka z nadmiaru zajebistości, i człowiek musi obejrzeć coś średniego, ale bez przesady.
ACHTUNG! SPOILER!
Zaczyna się tak: nasz gieroj, reporter wojenny o kwadratowej szczęki, posiadacz podobno traumatycznych przeżyć ginie wraz z dziewczyną w zamachu samobójczym w tajskim klubie. Następna scena- świecący się jak jarzeniówka stół, na których spoczywają nagie ciało bohatera, oczywiście z prześcieradłem w strategicznym miejscu. Pojawia się anielica/kosmitka łącząca w sobie cechy Na'vi i benedyktyna. Błysk...i nasz bohater ląduje w rzecze, z której wypływa, ląduje na brzegu. Tam już są dziesiątki dusz- i te które zginęły w zamachu, i te które "zeszły" wieki temu. Wszyscy mają bransoletki, dzięki którym dostają jedzenie(dystrybutor żarcia to zaś generator Tesli...ee, nie zagłębiajmy się w to). Wniosek jest jeden-on jest W Y B R A Ń C E M.
Każdy szanujący się wybraniec musi z kimś walczyć; tu padło na - trzymajcie się - konkwistadorów Pizzara i zbuntowanych kosmitów-twórców czyśćca. Już w pierwszej scenie Pizzaro zabija niewinnego cywila(zastrzelić duszę czyśćcową? Za przeproszeniem, pojebało ich?) .
Oczywiście zostaje wprowadzony terror, a totumfackim zostaje niejaki sir Richard Francis Burton.
Nasz gieroj ucieka, i dzięki pomocy zaprzyjaźnionej kosmitki trafia na parostatek, którym dowodzi nie kto inny niż Mark Twain (choć aktora ucharakteryzowali bardziej na Mossa z NCFOM :lol: ). Załogę tworzą wenecka kurtyzana, senegalczyk w stroju napoleońskim, sadzący pierdy o dobrym Allachu i jego wyznawcach(tak, mówi to facet który swego czasu dał dychę Zielonej Mili...), oraz Francuzka, mechanik-feministka, która naprawia - uwaga - silnik nuklearny. Parostatku.
Twain i Burton mają jedne wspólne marzenie-dotrzeć do źródeł rzeki opasującej tytułowy świat - jak wynika z dialogów, eksplorują od lat, do źródła docierają lekką rączką w 45 minut. Burton, jakby ktoś nie wiedział, chce zniszczyć świat...oh, really? :neutral:
Dalej nie piszę, choć dzieje się dużo - bohater tonący w zatoczce, gdzie jeszcze pięć minut temu brodził po pas, jest i japonka-samuraj, mamy Hindenburga, drewniane panzerfausty,
mający problemy z emocjami żółtek pilot, hologram dziewczyny-wybrańca, kopanie dup obcym(duchom?), i emo-terrorystkę. Dalej nie piszę, bo bym musiał rzucać mięchem pod adresem twórców.
Zabić ich? Nie.
Cofnąć się 40-50 lat w czasie i wysterylizować ich ojców.
A realizacja równie beznadziejna.
Może opowiadanie, na podstawie którego powstał ten śmieć ma urok, może. Film jest tego pozbawiony.
Jak kiedyś będę sporządzał listę the worst of the worst z pewnością znajdzie się na niej miejsce dla tego ścierwa. Rekomendacja-zgniły pomidor. Film tak głupi, że aż kurwa mać.
1.5 - bo aktorka grającą Allegrę(wenecką kurtyzanę) wyglądała jak Elizabeth Pena...
Riverworld- :shock: - wiem, jak zalicza się Rzym, może człowiekowi pęknąć żyłka z nadmiaru zajebistości, i człowiek musi obejrzeć coś średniego, ale bez przesady.
ACHTUNG! SPOILER!
Zaczyna się tak: nasz gieroj, reporter wojenny o kwadratowej szczęki, posiadacz podobno traumatycznych przeżyć ginie wraz z dziewczyną w zamachu samobójczym w tajskim klubie. Następna scena- świecący się jak jarzeniówka stół, na których spoczywają nagie ciało bohatera, oczywiście z prześcieradłem w strategicznym miejscu. Pojawia się anielica/kosmitka łącząca w sobie cechy Na'vi i benedyktyna. Błysk...i nasz bohater ląduje w rzecze, z której wypływa, ląduje na brzegu. Tam już są dziesiątki dusz- i te które zginęły w zamachu, i te które "zeszły" wieki temu. Wszyscy mają bransoletki, dzięki którym dostają jedzenie(dystrybutor żarcia to zaś generator Tesli...ee, nie zagłębiajmy się w to). Wniosek jest jeden-on jest W Y B R A Ń C E M.
Każdy szanujący się wybraniec musi z kimś walczyć; tu padło na - trzymajcie się - konkwistadorów Pizzara i zbuntowanych kosmitów-twórców czyśćca. Już w pierwszej scenie Pizzaro zabija niewinnego cywila(zastrzelić duszę czyśćcową? Za przeproszeniem, pojebało ich?) .
Oczywiście zostaje wprowadzony terror, a totumfackim zostaje niejaki sir Richard Francis Burton.
Nasz gieroj ucieka, i dzięki pomocy zaprzyjaźnionej kosmitki trafia na parostatek, którym dowodzi nie kto inny niż Mark Twain (choć aktora ucharakteryzowali bardziej na Mossa z NCFOM :lol: ). Załogę tworzą wenecka kurtyzana, senegalczyk w stroju napoleońskim, sadzący pierdy o dobrym Allachu i jego wyznawcach(tak, mówi to facet który swego czasu dał dychę Zielonej Mili...), oraz Francuzka, mechanik-feministka, która naprawia - uwaga - silnik nuklearny. Parostatku.
Twain i Burton mają jedne wspólne marzenie-dotrzeć do źródeł rzeki opasującej tytułowy świat - jak wynika z dialogów, eksplorują od lat, do źródła docierają lekką rączką w 45 minut. Burton, jakby ktoś nie wiedział, chce zniszczyć świat...oh, really? :neutral:
Dalej nie piszę, choć dzieje się dużo - bohater tonący w zatoczce, gdzie jeszcze pięć minut temu brodził po pas, jest i japonka-samuraj, mamy Hindenburga, drewniane panzerfausty,
mający problemy z emocjami żółtek pilot, hologram dziewczyny-wybrańca, kopanie dup obcym(duchom?), i emo-terrorystkę. Dalej nie piszę, bo bym musiał rzucać mięchem pod adresem twórców.
Zabić ich? Nie.
Cofnąć się 40-50 lat w czasie i wysterylizować ich ojców.
A realizacja równie beznadziejna.
Może opowiadanie, na podstawie którego powstał ten śmieć ma urok, może. Film jest tego pozbawiony.
Jak kiedyś będę sporządzał listę the worst of the worst z pewnością znajdzie się na niej miejsce dla tego ścierwa. Rekomendacja-zgniły pomidor. Film tak głupi, że aż kurwa mać.
1.5 - bo aktorka grającą Allegrę(wenecką kurtyzanę) wyglądała jak Elizabeth Pena...
04-08-2010, 01:16





