Bardzo chciałem polubić ten film, ale niestety jest zły, zły, zły, zły, zły i jeszcze raz zły. Kiedy na samym początku tłusty firmowy ochroniarz wspina się na dźwig na szczycie budynku, narażając życie żeby powstrzymać złodzieja (i nawet nie wzywając wsparcia, policji itp.), wiedziałem że scenariusz będzie kiepski. Ale nie spodziewałem się, że przebije dno i zacznie przewiercać się do jądra ziemi.
Przy czym nie czepiam się bzdurnych założeń, nietrzymającego się kupy planu Clu, ani dziur fabularnych wielkości Pacyfiku. Nawet absurdalną i kompletnie żenującą postać Michaela Sheena mógłbym jakoś przeboleć, gdyby nie fakt, że film jest tak piekielnie nudny, że oglądanie go było męczarnią (a do końca wytrzymałem tylko ze względu na stronę wizualną i muzykę). Pomijając już brak "efektu wow", który w opowieści o takiej tematyce powinien być mocarny (a tymczasem bohater reaguje na wszystko wzruszeniem ramion i katastrofalnymi one-linerami), krytykę skieruję na element, który jak dla mnie zabił tej film. Mniej więcej w połowie wywróciłem oczami i pomyślałem:
ALEŻ TO JEST CHOLERNIE PRZEGADANE.
W około 45 minucie film zmienia się w ciąg scen pokazujących dwie osoby siedzące naprzeciwko i ględzące o pierdołach, które tak naprawdę są pozbawione znaczenia. Reżyser nie pokazuje wydarzeń, tylko każe bohaterom o nich opowiadać. Mamy więc dłuuugie rozmowy Sama z Clu, Sama z Gem, Sama z Quory (czy jak jej tam), Sama z Flynnem, Sama z Michaelem Sheenem, później Clu z Sheenem, znów Sama z Clu, znów Sama z Quory, długą, nudną i koszmarnie napisaną przemowę Clu do "narodu", końcową pogadankę w samolocie (swoją drogą - meganudny finisz), ostatnią rozmowę Flynna z Clu, a na deser jeszcze spotkanie Sama z Boxleitnerem... Nosz kurva, co to ma być? Czy oni naprawdę myśleli, że ludzie oczekują po Tronie rozbudowanych konwersacji o naturze sztucznej inteligencji? Żeby to chociaż były dobre dialogi (bo dobrze zainscenizowane to na pewno nie są), ale gdzie tam - to wymiana prostackich kwestii, od której gorsze są tylko gromkopierdne hasła w stylu "I fight for the users!".
Jakby tego było mało, reżyser dowala do pieca absolutnie beznadziejnym CGI-Bridgesem, którego eksponuje do wyrzygania. A na deser kopie w twarz Sheenem, którego występ sponsorują wielkie, świecące literki W, T i F. Całość podsumowuje zaprzepaszczonym wątkiem Trona.
Mamy więc świetnie wyglądający świat, którego potencjał nie został wykorzystany nawet w milionowej części. Mamy świetną muzykę. I to tyle. Reszta to 1/10, scenariusz na poziomie Skyline lub gorszym.
Dam 3/10 z wielkiej łaski; punkt za "dizajn" i za soundtrack.
Przy czym nie czepiam się bzdurnych założeń, nietrzymającego się kupy planu Clu, ani dziur fabularnych wielkości Pacyfiku. Nawet absurdalną i kompletnie żenującą postać Michaela Sheena mógłbym jakoś przeboleć, gdyby nie fakt, że film jest tak piekielnie nudny, że oglądanie go było męczarnią (a do końca wytrzymałem tylko ze względu na stronę wizualną i muzykę). Pomijając już brak "efektu wow", który w opowieści o takiej tematyce powinien być mocarny (a tymczasem bohater reaguje na wszystko wzruszeniem ramion i katastrofalnymi one-linerami), krytykę skieruję na element, który jak dla mnie zabił tej film. Mniej więcej w połowie wywróciłem oczami i pomyślałem:
ALEŻ TO JEST CHOLERNIE PRZEGADANE.
W około 45 minucie film zmienia się w ciąg scen pokazujących dwie osoby siedzące naprzeciwko i ględzące o pierdołach, które tak naprawdę są pozbawione znaczenia. Reżyser nie pokazuje wydarzeń, tylko każe bohaterom o nich opowiadać. Mamy więc dłuuugie rozmowy Sama z Clu, Sama z Gem, Sama z Quory (czy jak jej tam), Sama z Flynnem, Sama z Michaelem Sheenem, później Clu z Sheenem, znów Sama z Clu, znów Sama z Quory, długą, nudną i koszmarnie napisaną przemowę Clu do "narodu", końcową pogadankę w samolocie (swoją drogą - meganudny finisz), ostatnią rozmowę Flynna z Clu, a na deser jeszcze spotkanie Sama z Boxleitnerem... Nosz kurva, co to ma być? Czy oni naprawdę myśleli, że ludzie oczekują po Tronie rozbudowanych konwersacji o naturze sztucznej inteligencji? Żeby to chociaż były dobre dialogi (bo dobrze zainscenizowane to na pewno nie są), ale gdzie tam - to wymiana prostackich kwestii, od której gorsze są tylko gromkopierdne hasła w stylu "I fight for the users!".
Jakby tego było mało, reżyser dowala do pieca absolutnie beznadziejnym CGI-Bridgesem, którego eksponuje do wyrzygania. A na deser kopie w twarz Sheenem, którego występ sponsorują wielkie, świecące literki W, T i F. Całość podsumowuje zaprzepaszczonym wątkiem Trona.
Mamy więc świetnie wyglądający świat, którego potencjał nie został wykorzystany nawet w milionowej części. Mamy świetną muzykę. I to tyle. Reszta to 1/10, scenariusz na poziomie Skyline lub gorszym.
Dam 3/10 z wielkiej łaski; punkt za "dizajn" i za soundtrack.
14-03-2011, 23:36






