Love and other drugs - kurrrrrva, co za dziadostwo, kolejna komedia romantyczna odrysowana od schematu: koleś poznaje rzekomo niepasującą do niego laskę, zbliżają się do siebie, nagle on mówi albo robi coś, co sprawia że się rozstają, później zdaje sobie sprawę jak bardzo za nią szaleje, goni ją jak wariat, wyznaje miłość, wracają do siebie, koniec filmu. Słowem: DNO. Ale to jeszcze nic.
Film próbuje uświadamiać głupich amerykańców, czym jest choroba Parkinsona - ma ją główna bohaterka. No i dowiadujemy się, że jest to taka choroba, która nie pozwala wycinać postaci ze zdjęć, bo się trzęsą ręce (i powoduje inne, podobnie dramatyczne dolegliwości). Oczywiście przesłanie jest proste: ludzi z parkinsonem trzeba kochać.
Nic w tym filmie się nie klei - wątek pracy głównego bohatera, choć miał potencjał, okazał się pociągnięty donikąd (jakby w ogóle go wywalić, nie byłoby szkody dla filmu). O jedynej fajnej postaci (czyli lekarzu granym przez Hanka Azarię) reżyser zapomina w połowie. Od połowy nawet cycki Anny Hathaway przestają być pokazywane, a to jedyna - i to niezbyt wielka - zaleta tego filmidła. Trwało to chyba ze 100 minut, mnie się wydawało że dziesięć godzin.
1/10, najgorszy film jaki widziałem od baaaaardzo dawna. No, w sumie lepszy od Battle: LA, ale niewiele.
Film próbuje uświadamiać głupich amerykańców, czym jest choroba Parkinsona - ma ją główna bohaterka. No i dowiadujemy się, że jest to taka choroba, która nie pozwala wycinać postaci ze zdjęć, bo się trzęsą ręce (i powoduje inne, podobnie dramatyczne dolegliwości). Oczywiście przesłanie jest proste: ludzi z parkinsonem trzeba kochać.
Nic w tym filmie się nie klei - wątek pracy głównego bohatera, choć miał potencjał, okazał się pociągnięty donikąd (jakby w ogóle go wywalić, nie byłoby szkody dla filmu). O jedynej fajnej postaci (czyli lekarzu granym przez Hanka Azarię) reżyser zapomina w połowie. Od połowy nawet cycki Anny Hathaway przestają być pokazywane, a to jedyna - i to niezbyt wielka - zaleta tego filmidła. Trwało to chyba ze 100 minut, mnie się wydawało że dziesięć godzin.
1/10, najgorszy film jaki widziałem od baaaaardzo dawna. No, w sumie lepszy od Battle: LA, ale niewiele.
19-04-2011, 10:11






