Dead Man's Chest i At World's End odświeżone i teraz dopiero naprawdę dostrzegam jakim przykrym dowcipem w stosunku do tych filmów jest czwarty film, którego najchętniej posłałbym na samo dno oceanu.
Podoba mi się totalne rozbuchanie tych filmów, pójście na całość w kierunku fantasy a nawet - dzięki rozciągnięciu całej historii na dwa filmy - pozwolenie sobie na całe sekwencje niemające tak naprawdę znaczenia dla fabuły, ale dostarczające fantastycznej dawki akcji i humoru (akcja na wyspie w Skrzyni Umarlaka). Co najważniejsze, to wszystko dzieje się z całkowitym poszanowaniem dla aktorów i ich postaci, które nigdy nie schodzą na drugi plan.
Depp tak jak w pierwszym filmie wyborny mimo, że ma kilka scen w których gra nieco pod publiczkę, ot, taki naturalny skutek uboczny grania postaci, której statusu wśród widzów jest się świadomym. Rush, choć nie jest już czarnym charakterem, dalej błyszczy, jego potyczki słowne z Deppem w trzecim filmie są kapitalne. Bill Nighy - zagrać tak fenomenalnie i nie dać się przysłonić całkowicie zasłaniającej twarz charakteryzacji... WOW. Do tego szacun dla ludzi z ILM za stworzenie czegoś tak powalającego i jednocześnie uchwycenie wszelkich niuansów gry Billa. Bloom i Knightley tak samo sympatyczni jak w pierwszej części a zakończenie ich historii mega niestandardowe i smutne, brawo. Błyszczy też Hollander w roli Becketta, świetna jest Naomie Harris i na dobrą sprawę cała reszta przewijającej się przez filmy stałej obsady drugiego planu, chyba każdy ma tu swoje 5 minut.
Można mieć pretensje o zbyt dużą ilość wątków i brak zwartej, dającej się zamknąć w 120 minutach fabuły jak w Klątwie Czarnej Perły, ale podoba mi się kierunek jaki obrano i to, że wszystkie te wątki tak ładnie się łączą.
Klimat, efekty, zdjęcia i ogólnie strona wizualna? Mogę to określi tylko jednym słowem: MASAKRA. Na krańcu świata to dla mnie ścisła czołówka filmów z najlepszymi efektami.
- Ulubiona scena z całej trylogii: Parlay z Na krańcu świata, stanowiąca dokładną esencję całej serii - wizualny i muzyczny majstersztyk (to co że hołd/zrzynka z motywu z OUATITW, jak to działa!) iskrzący się humorem i niesamowicie dynamiczny pod względem relacji między bohaterami; sześć osób spotyka się na płyciźnie by pogadać, a ileż tu się dzieje!
- Najbardziej epicki moment z całej trylogii: Jack, Kraken i Hello, Beastie. Zawsze mam ciary na plecach.
Pisałem już, że kocham te filmy?
Podoba mi się totalne rozbuchanie tych filmów, pójście na całość w kierunku fantasy a nawet - dzięki rozciągnięciu całej historii na dwa filmy - pozwolenie sobie na całe sekwencje niemające tak naprawdę znaczenia dla fabuły, ale dostarczające fantastycznej dawki akcji i humoru (akcja na wyspie w Skrzyni Umarlaka). Co najważniejsze, to wszystko dzieje się z całkowitym poszanowaniem dla aktorów i ich postaci, które nigdy nie schodzą na drugi plan.
Depp tak jak w pierwszym filmie wyborny mimo, że ma kilka scen w których gra nieco pod publiczkę, ot, taki naturalny skutek uboczny grania postaci, której statusu wśród widzów jest się świadomym. Rush, choć nie jest już czarnym charakterem, dalej błyszczy, jego potyczki słowne z Deppem w trzecim filmie są kapitalne. Bill Nighy - zagrać tak fenomenalnie i nie dać się przysłonić całkowicie zasłaniającej twarz charakteryzacji... WOW. Do tego szacun dla ludzi z ILM za stworzenie czegoś tak powalającego i jednocześnie uchwycenie wszelkich niuansów gry Billa. Bloom i Knightley tak samo sympatyczni jak w pierwszej części a zakończenie ich historii mega niestandardowe i smutne, brawo. Błyszczy też Hollander w roli Becketta, świetna jest Naomie Harris i na dobrą sprawę cała reszta przewijającej się przez filmy stałej obsady drugiego planu, chyba każdy ma tu swoje 5 minut.
Można mieć pretensje o zbyt dużą ilość wątków i brak zwartej, dającej się zamknąć w 120 minutach fabuły jak w Klątwie Czarnej Perły, ale podoba mi się kierunek jaki obrano i to, że wszystkie te wątki tak ładnie się łączą.
Klimat, efekty, zdjęcia i ogólnie strona wizualna? Mogę to określi tylko jednym słowem: MASAKRA. Na krańcu świata to dla mnie ścisła czołówka filmów z najlepszymi efektami.
- Ulubiona scena z całej trylogii: Parlay z Na krańcu świata, stanowiąca dokładną esencję całej serii - wizualny i muzyczny majstersztyk (to co że hołd/zrzynka z motywu z OUATITW, jak to działa!) iskrzący się humorem i niesamowicie dynamiczny pod względem relacji między bohaterami; sześć osób spotyka się na płyciźnie by pogadać, a ileż tu się dzieje!
- Najbardziej epicki moment z całej trylogii: Jack, Kraken i Hello, Beastie. Zawsze mam ciary na plecach.
Pisałem już, że kocham te filmy?
30-05-2011, 01:42 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 30-05-2011, 01:52 przez Mierzwiak.)





