W końcu zabrałem się za dir cuta, po czym zaliczyłem facepalma i teraz przyjdzie mi się w tym topiku wypowiedzieć (najwyżej się przeniesie).
SPOILERY, UWAGA!
Generalnie dir cut jako taki zły nie jest - ba! ma nawet kilka świetnych scen, które spokojnie mogłyby się znaleźć w kinówce. Cały sęk w tym, że to jeden z tych tytułów, którym najlepiej wyszedłby na zdrowie mariaż dwóch wersji (vide Alien 3 na ten przykład), a przy okazji jeden z naprawdę niewielu filmów, które są o niebo lepsze właśnie w wersji producenckiej (paradoksalnie vide Alien 3 znowu).
Przede wszystkim to, czym kinówka góruje nad dir cutem jest wygląd. Producenci (czyli w sumie Mel także) słusznie poszli w wyblakłe, zimne kolory i tzw. epę, która wylewa się nie tylko z kadrów, ale i z muzyki czy też przedstawionego w totalnie złym świetle głównego bohatera. Brak tego właśnie tak boli w dir cucie - ciepłe, przyjemne kolorki, jak z bajki, muzyka totalnie z dupy, jak w co drugiej komedyjce, lekkie złagodzenie postaci Mela w prologu (jak mogli pominąć ten fantastyczny moment, w którym Porter budzi się w trakcie operacji tego nie wiem)... a na deser - ten wkurzający, badziewny, totalnie bezjajeczny i nie mający w sobie żadnego charakteru (i przy okazji wypowiadający niezłe suchary) głos babki wstawiony na miejsce świetnej postaci Kristoffersona. Bleh - do zarzygania.
Jasne, czasem dir cut wyrastają jaja w miejscach, w których kinówka zdaje się je tracić (zabicie psa - choć to akurat chujowy manewr; świetne, niejednoznaczne zakończenie, konfrontacja Portera z żoną, czy scena wewnątrz ciężarówki), ale co z tego, skoro zaraz dostajemy kwiatki w stylu ogrywania mafii a la Ocean's eleven (akcja na stacji jest żenująca aż do końcowego momentu). Eh...
Generalnie mocno się więc zawiodłem - te kilka scen miażdży, ale wygląd i maniera całości pasują do opowieści jak pięść do nosa. Zostaję przy kinówce.
Ocena dir cut: 7 / 10
Ocena ***: 9 / 10
SPOILERY, UWAGA!
Generalnie dir cut jako taki zły nie jest - ba! ma nawet kilka świetnych scen, które spokojnie mogłyby się znaleźć w kinówce. Cały sęk w tym, że to jeden z tych tytułów, którym najlepiej wyszedłby na zdrowie mariaż dwóch wersji (vide Alien 3 na ten przykład), a przy okazji jeden z naprawdę niewielu filmów, które są o niebo lepsze właśnie w wersji producenckiej (paradoksalnie vide Alien 3 znowu).
Przede wszystkim to, czym kinówka góruje nad dir cutem jest wygląd. Producenci (czyli w sumie Mel także) słusznie poszli w wyblakłe, zimne kolory i tzw. epę, która wylewa się nie tylko z kadrów, ale i z muzyki czy też przedstawionego w totalnie złym świetle głównego bohatera. Brak tego właśnie tak boli w dir cucie - ciepłe, przyjemne kolorki, jak z bajki, muzyka totalnie z dupy, jak w co drugiej komedyjce, lekkie złagodzenie postaci Mela w prologu (jak mogli pominąć ten fantastyczny moment, w którym Porter budzi się w trakcie operacji tego nie wiem)... a na deser - ten wkurzający, badziewny, totalnie bezjajeczny i nie mający w sobie żadnego charakteru (i przy okazji wypowiadający niezłe suchary) głos babki wstawiony na miejsce świetnej postaci Kristoffersona. Bleh - do zarzygania.
Jasne, czasem dir cut wyrastają jaja w miejscach, w których kinówka zdaje się je tracić (zabicie psa - choć to akurat chujowy manewr; świetne, niejednoznaczne zakończenie, konfrontacja Portera z żoną, czy scena wewnątrz ciężarówki), ale co z tego, skoro zaraz dostajemy kwiatki w stylu ogrywania mafii a la Ocean's eleven (akcja na stacji jest żenująca aż do końcowego momentu). Eh...
Generalnie mocno się więc zawiodłem - te kilka scen miażdży, ale wygląd i maniera całości pasują do opowieści jak pięść do nosa. Zostaję przy kinówce.
Ocena dir cut: 7 / 10
Ocena ***: 9 / 10
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings
20-07-2011, 14:37





