Na forum pojawiło się już kilka bliskich zachwytu opinii na temat animowanej wersji komiksu o tym samym tytule i mam tylko jedno pytanie do tych, którym się podobało: CO?!
Nie znam komiksu i absolutnie nie zamierzam wyciągać z tego filmu jakichkolwiek wniosków na temat tego jaki może prezentować poziom (a jeśli wierzyć powszechnym opiniom, to musi być świetny), ale film któremu posłużył za podstawę jest, krótko mówiąc, tragiczny.
Tak, w Year One pada bodaj pierwszy w filmowej historii tej postaci fuck. Tak, jest krew i przemoc. Tak, są dorosłe wątki i motywy, takie jak prostytucja czy zdradzanie żony. Rozumiem, że szczególnie w kontekście ugrzecznionych pod wieloma względami filmów Nolana może wydać się to niektórym jakimś szczególnym osiągnięciem czy wręcz wydarzeniem, ale jest jedna bardzo ważna rzecz, która nie pozwala docenić powagi Year One:
TRAGICZNY scenariusz.
Historia sama w sobie nie jest zła i każdy kto widział Batman Begins od razu rozpozna, że stanowiła dla Nolana punkt wyjścia. Różnica polega jednak na tym, że Nolan uczynił swój film zwyczajnie interesującym, a przy tym czytelnym i wiarygodnym. Dlaczego Bruce wyjechał, co go spotkało, dlaczego wrócił, wreszcie dlaczego stał się Batmanem i co najważniejsze dlaczego to akurat nietoperz stał się jego symbolem.
Bruce opuścił Gotham...
Przez 12 lat...
Wraca ponieważ...
Przywdziewa kostium nietoperza bo...
Żadnego z tych zdań nie da się dokończyć, bo kwestie te Year One traktuje na zasadzie "a bo tak" i trudno tu nawet mówić o tym, że trzeba twórcom uwierzyć na słowo. To zwyczajne lenistwo i obraza dla widza.
Są jeszcze dwa gigantyczne problemy - struktura i nagromadzenie wątków. Jak wskazuje tytuł, akcja filmu zamyka się w ciągu roku i jak nietrudno zgadnąć to trochę sporo jak na 60 minut projekcji. Oczywiście sprawny scenarzysta tak rozpisze historię, że będzie ona płynna a rok czasu minie niejako w tle i ważniejsza będzie sama historia, a nie to, kiedy konkretnie toczy się dana scena. W Year One jest inaczej; nie dość że film za każdym razem atakuje nas konkretną datą, to jeszcze skacze po nich jak szalony - 10 sekundowy dialog z tego dnia, następnie krótka scenka z innego, po czym kolejna krótka scenka już z następnego miesiąca. Miałem wrażenie, że ktoś kartkuje przede mną komiks, odhaczając kolejne sceny i jak najszybciej starając się przejść do kolejnych.
Tę rwaną, pozbawioną płynności narrację pogarsza jeszcze bardziej natłok wątków, na czele z Catwoman, której obecności w tym scenariuszu zwyczajnie nie pojmuję. Poza tym głównym bohaterem wyraźnie jest tu Gordon - potraktowana po macoszemu przemiana w Batmana i bezpłciowość Wayne'a tylko potęgują wrażenie, że jest on tu jedynie dodatkiem. Zresztą wizerunki większości bohaterów Year One powinny widnieć w słowniku jako ilustracja "nijakości". Ale nie wszyscy tacy są - Selina Kyle dla przykładu jest po prostu tragiczna. Co mi się również nie podobało, to całkowicie wyprane z klimatu, wyglądające jak zwyczajne miasto Gotham. Niby to samo było u Nolana, ale on potrafił nadać mu charakter i klimat właśnie, szczególnie w Beginsie; tutaj ta nijakość jest o tyle zaskakująca, że przecież film animowany daje w tej kwestii znacznie większą swobodę.
Żeby było jasne - to nie jest zły film jako taki, choć gorszymi od niego batfilmami są już tylko Batman Forever oraz Batman i Robin. Chwilami przygrywa klimatyczna muzyka, voice acting w większości jest jak najbardziej ok a wątek Gordona, który nie chce się dostosować i być skorumpowanym gliniarzem pod względem podejścia do tematu jest lata świetlne przed kpiną, którą zaserwował w tej kwestii Nolan. Świetna jest również scena (w zasadzie to jedyna, o której można powiedzieć że jest naprawdę dobra) oblężenia Batmana przez policjantów. Wszystko kładzie jednak fatalny scenariusz i zastanawiam się tylko, czy jest jakikolwiek sens krytykowania go, bo wiem co będzie i wiem, co będą pisać jego obrońcy:
"Ale tak było w komiksie."
PS. W kwestii porównań ograniczyłem się wyłącznie do bliskiego Year One Batman Begins. Przywoływanie Burtona czy TASu byłoby nie tyle jak kopanie leżącego, co bezczeszczenie zwłok :)
Nie znam komiksu i absolutnie nie zamierzam wyciągać z tego filmu jakichkolwiek wniosków na temat tego jaki może prezentować poziom (a jeśli wierzyć powszechnym opiniom, to musi być świetny), ale film któremu posłużył za podstawę jest, krótko mówiąc, tragiczny.
Tak, w Year One pada bodaj pierwszy w filmowej historii tej postaci fuck. Tak, jest krew i przemoc. Tak, są dorosłe wątki i motywy, takie jak prostytucja czy zdradzanie żony. Rozumiem, że szczególnie w kontekście ugrzecznionych pod wieloma względami filmów Nolana może wydać się to niektórym jakimś szczególnym osiągnięciem czy wręcz wydarzeniem, ale jest jedna bardzo ważna rzecz, która nie pozwala docenić powagi Year One:
TRAGICZNY scenariusz.
Historia sama w sobie nie jest zła i każdy kto widział Batman Begins od razu rozpozna, że stanowiła dla Nolana punkt wyjścia. Różnica polega jednak na tym, że Nolan uczynił swój film zwyczajnie interesującym, a przy tym czytelnym i wiarygodnym. Dlaczego Bruce wyjechał, co go spotkało, dlaczego wrócił, wreszcie dlaczego stał się Batmanem i co najważniejsze dlaczego to akurat nietoperz stał się jego symbolem.
Bruce opuścił Gotham...
Przez 12 lat...
Wraca ponieważ...
Przywdziewa kostium nietoperza bo...
Żadnego z tych zdań nie da się dokończyć, bo kwestie te Year One traktuje na zasadzie "a bo tak" i trudno tu nawet mówić o tym, że trzeba twórcom uwierzyć na słowo. To zwyczajne lenistwo i obraza dla widza.
Są jeszcze dwa gigantyczne problemy - struktura i nagromadzenie wątków. Jak wskazuje tytuł, akcja filmu zamyka się w ciągu roku i jak nietrudno zgadnąć to trochę sporo jak na 60 minut projekcji. Oczywiście sprawny scenarzysta tak rozpisze historię, że będzie ona płynna a rok czasu minie niejako w tle i ważniejsza będzie sama historia, a nie to, kiedy konkretnie toczy się dana scena. W Year One jest inaczej; nie dość że film za każdym razem atakuje nas konkretną datą, to jeszcze skacze po nich jak szalony - 10 sekundowy dialog z tego dnia, następnie krótka scenka z innego, po czym kolejna krótka scenka już z następnego miesiąca. Miałem wrażenie, że ktoś kartkuje przede mną komiks, odhaczając kolejne sceny i jak najszybciej starając się przejść do kolejnych.
Tę rwaną, pozbawioną płynności narrację pogarsza jeszcze bardziej natłok wątków, na czele z Catwoman, której obecności w tym scenariuszu zwyczajnie nie pojmuję. Poza tym głównym bohaterem wyraźnie jest tu Gordon - potraktowana po macoszemu przemiana w Batmana i bezpłciowość Wayne'a tylko potęgują wrażenie, że jest on tu jedynie dodatkiem. Zresztą wizerunki większości bohaterów Year One powinny widnieć w słowniku jako ilustracja "nijakości". Ale nie wszyscy tacy są - Selina Kyle dla przykładu jest po prostu tragiczna. Co mi się również nie podobało, to całkowicie wyprane z klimatu, wyglądające jak zwyczajne miasto Gotham. Niby to samo było u Nolana, ale on potrafił nadać mu charakter i klimat właśnie, szczególnie w Beginsie; tutaj ta nijakość jest o tyle zaskakująca, że przecież film animowany daje w tej kwestii znacznie większą swobodę.
Żeby było jasne - to nie jest zły film jako taki, choć gorszymi od niego batfilmami są już tylko Batman Forever oraz Batman i Robin. Chwilami przygrywa klimatyczna muzyka, voice acting w większości jest jak najbardziej ok a wątek Gordona, który nie chce się dostosować i być skorumpowanym gliniarzem pod względem podejścia do tematu jest lata świetlne przed kpiną, którą zaserwował w tej kwestii Nolan. Świetna jest również scena (w zasadzie to jedyna, o której można powiedzieć że jest naprawdę dobra) oblężenia Batmana przez policjantów. Wszystko kładzie jednak fatalny scenariusz i zastanawiam się tylko, czy jest jakikolwiek sens krytykowania go, bo wiem co będzie i wiem, co będą pisać jego obrońcy:
"Ale tak było w komiksie."
PS. W kwestii porównań ograniczyłem się wyłącznie do bliskiego Year One Batman Begins. Przywoływanie Burtona czy TASu byłoby nie tyle jak kopanie leżącego, co bezczeszczenie zwłok :)
19-10-2011, 16:26 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 15-01-2016, 19:09 przez Phil.)





