Fajnie, ze tworcy zmienili podejscie i zamiast bezsensownie zaciagac staruszka Rocky'ego na ring, poszli bardziej w kierunku refleksji nad zyciem i uplywajacym czasem doswiadczonego mezczyzny w szczerym, nostalgicznym, eastwoodowym w pewnej mierze stylu, niz zwyklego widowiska. Przeszkadzal mi jednak fakt, ze wlasciwie wszystkie wazniejsze decyzje, jakich dokonuja bohaterowie filmu, sa nieprzekonujace. Dlaczego Rocky zdecydowal sie wrocic na ring, mimo iz wszystko wskazywalo na to, ze poniesie porazke? Dlaczego syn (Peter Petrelli z Heroes) nagle uwierzyl w ojca? Srednio przekonuje rowniez caly ten koncept z pojedynkiem obecnego mistrza z niegdysiejszym. Swoja droga postac czarnoskorego championa wydaje sie niedorobiona: tworcy prezentuja nam scene na sali treningowej, ktora mialaby jakoby swiadczyc, ze tym razem nie bedziemy mieli do czynienia ze zwyczajnym schwartzcharakterem, ale w zaden sposob tego pozniej nie ciagna. No i finalowa walka - moment, na ktory zawsze w tej serii sie czeka, zostala troche okaleczona przez migawkowy, oczojebny montaz (lepiej wypadly czarno-biale ujecia z kolorowymi fragmentami).
28-01-2007, 21:48





