(23-03-2012, 19:26)Karol napisał(a): No taki widać los medium przewidującego wydarzenia filmowe :D. Ja również pewne rzeczy przewidziałem
Pewne rzeczy nie równa się niestety scena po scenie cały film - tu klisza na kliszy i kliszą pogania. I to w momencie, gdy Dżon Karter został za to równo zjechany, THG się chwali - wkurwia mnie to niemożebnie. I w dodatku te recki hypowane do granic, jakby to był jakiś prekursor i film, który zapisze się w historii.
Cytat:i z zainteresowaniem.
w pewnym momencie zacząłem liczyć włosy na głowie Lawrence - dziękuję za takie zainteresowanie
Cytat:swoją drogą - co ci się nie kleiło? Dla mnie wszystko raczej wydawało się dość sensowne)
Teoretycznie I couldn't care less i film po mnie spłynął równo, więc nie zamierzam się tu wdawać w jakąs bezsensowną polemikę, ale pierwsze z brzegu przykłady:
- CGI stwory zrobione BO TAK
- cały wygląd miasta przyszłości i kultury BO TAK - kicz pełną gebą i tyle
- zależność między stolicą a dystryktami - stłumienie 75 lat temu powstania to trochę mało. Dość powiedzieć, że Polacy w 150-letnich zaborach niemal co roku szturmowali najeźdzców, a tu mamy jeden szybko stłumiony bunt po śmierci "małej czarnej" i chwacit.
- ludzie z dystryktów głodują, ale jakoś główni bohaterowie kładą ogólną lachę na wygody i fancy stuff stolicy (to samo tyczy się ogólnej biedy, podczas gdy tak ładnie wszystkich wystrojono na losowanie)
etc. itd. itp.
Cytat:Kłodą nie nazwałbym za to ani Tucciego, ani Harrelsona, ani Banks (w ogóle SZOK), ani nawet - choć sam się dziwię - Hutchersona, który mnie zwykle irytuje. Inna sprawa, że to zwyczajnie film Lawrence i to ona kradnie cały show.
Tucci OK, Woody - raczej na zasadzie, że to fajny gość jest, aniżeli fajna postać i coś do zagrania, Banks skryła się za kostiumami i miała marginalną rolę, Hutcherson był ok, ale wystarczy jakakolwiek scena miłosna i aż człowiek tęskni za Carterem, gdzie ponoć brak chemii.
Cytat:To przykład udanej, sprawnie zrealizowanej produkcji młodzieżowej (jednak), z charyzmatyczną bohaterką w świetnej interpretacji Lawrence.
Udanej - nie. Sprawnie zrealizowanej - potroszę, Lawrence jako plus już dawno wymieniłem i pewnie gdyby nie ona, to bym wyszedł w cholerę z seansu, bo zwyczajnie szkoda czasu - szczególnie, że ani postaci, ani przedstawiony problem nie doczekał się w tym filmie konkluzji, jak to miało miejsce w Battle Royale.
Cytat:Porównania do "Zmierzchu" nietrafione - jedyne, co je łączy to popularność
Trafione jak najbardziej - scenariuszowo i aktorsko (poza Lawrence i Tuccim, ale rozumiem, że i w Zmierzchach były znane twarze na przełomie kolejnych części, które dały radę?) ten film leży i kwiczy. Wystarczy zresztą wspomnieć znowuż wątek romansowy, gdzie w niektórych kwestiach zwyczajnie zabrakło "Bella" w dialogach. No i w obu filmach popierdalają radośnie po lesie i nic z tego nie wynika.
Cytat:wstydu też nie ma.
Wstyd jest jeśli spojrzy się na recenzje - oceny w stylu 9/10 i zdania o rewolucji, wybitności, trafnej alegorii dzisiejszych reality show, etc. to jak dla mnie kuriozum, biorąc pod uwagę wspomniane BR czy choćby Running Mana, filmu przecież o ile bardziej radosnego i kiczowatego, ale niosącego ze sobą znacznie więcej emocji i refleksji jak puste, rozbuchane i mdłe THG.
(23-03-2012, 20:16)Tyler Durden napisał(a): Zaskakująco dobry. Zanosiło się na bezkrwawą zrzynkę z ?Battle Royale?, a okazało się, że film poszedł w zupełnie innym kierunku. Azjaci skupili się na krwawo wyrzynających się nastolatkach, Gary Ross na emocjach, dystopicznym świecie i ludziach. To co razi, to przerysowany, pstrokaty świat przyszłości, w którym wystrój bogatych dystryktów i ich mieszkańców projektowała chyba Miley Cyrus na kwasie. O wiele przyjaźniejsze dla naszego wyczucia smaku są dystrykty biedy i arena na której walczą bohaterowie. Tam już dla kolorowych pierdoł i dziwacznych fryzur nie ma miejsca. Liczy się tylko przeżycie. Nie jest to oczywiście survival na miarę niedawno goszczącego na ekranach ?The Grey?. Ale reżyser całkiem sprawnie wybrnął z ograniczeń wiekowych, nie starając się zbytnio łagodzić rozgrywki ale uciekając z kamerą na bok w co drażliwszych momentach, resztę pozostawiając naszej wyobraźni. Nic to nowego, ale w przypadku ?The Hunger Games? się sprawdza. To czego zabrakło, to jakiś poważniejszych dylematów moralnych. Bohaterów nie próbuje się stawiać przed prawdziwymi wyborami typu - on albo ja. Wszyscy w jakiś tam sposób sympatyczni bądź uczciwi przeciwnicy giną z rąk tych ?złych?. Zadbano o to, żeby nikt z postaci pozytywnych nie pobrudził sobie rączek. Zabrakło też nieco większego skupienia się na elemencie widowiska telewizyjnego, do pierwszej połowy filmu jest o tym całkiem sporo, ale wraz z rozpoczęciem gry reżyser niemalże zapomina o osobach odpowiedzialnych za show. Szkoda, ale można wybaczyć, bo film wciąga, jest dobrze zagrany, a co najważniejsze, a nie tak częste obecnie, głównej bohaterce naprawdę się kibicuje.
Zacznę od tego Tyler, że mini-review w końcu z głową (te, co do tej pory czytałem, to żenada do kwadratu - jeden z kolesi nawet Oscarami film obdarował już :D ) i generalnie mógłbym się nawet i zgodzić, ale tego nie zrobię.
1. Battle Royale - o ile był znacznie większą farsą, zgrywą i o wiele większą jatką (choćby sam fakt użycia broni palnej), to jednak miał w sobie o wiele więcej sensu i refleksji, której THG zwyczajnie brakuje, lub którą ten rozmienia na drobne. W BR, mimo pewnej umowności i kiczu wszystko trzymało się kupy, a bohaterowie działali z głową (poza paroma oczywistymi debilami). W THG pozostaje jeno kicz i irracjonalne poczyniania bohaterów (że wspomnę tylko laskę rzucającą nożami), którzy ostatnią rzeczą o jakiej myślą, jest ich sytuacja.
2. W tym cały sęk, że film próbuje zahaczać o dylematy moralne i wybory, ale szybko zostają one bezmyślne zabite kamuflażem z dupy, jagodami albo kolejnymi zmianami w, zdawałoby się, stałym regulaminie gry - bezsens i sztampa.
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings
24-03-2012, 05:44





