zachęcony opinią nawrockiego obejrzałem "5 centymetrów na sekundę" i jak dla mnie to coś tutaj nie zaskoczyło tak jak powinno. taka proza życia podana w wyśmienitej warstwie wizualnej, z przepiękną muzyką i mimo, że historie dramatyczne to ciężko mi o empatię dla bohaterów. trzy scenariusze: jeden o istniejącej miłości, drugi o miłości, która chciałaby zaistnieć, trzeci o miłości, która istniała; i wszystko może i subtelne, delikatne, ale cały czas więcej emocji wzbudza we mnie ukradkowe podglądanie żegnających się zakochanych na dworcu pkp niż taka, liryczna wręcz, historia z filmu. nawet świadomość tego, że oglądane sytuacje w rzeczywistości przeżywa codziennie spory odsetek ludzi na globie jak dla mnie nie zwiększa mocy tej produkcji. wydaje mi się, że osobiste przeżycie jednego z tych trzech scenariuszy budzi w człowieku taką gamę i multum emocji, że w trakcie seansu zdajemy sobie sprawę, że twórcy nie oddali nawet promila tego rzeczywistego kotła emocjonalnego. bo jak tu przedstawić coś przez co cierpi się latami w średnio 20 minut filmowej opowieści?
cały czas jednak Koreańczycy z południa pozostają dla mnie niedoścignieni w pięknym ukazywaniu fatalnych uczuć.
cały czas jednak Koreańczycy z południa pozostają dla mnie niedoścignieni w pięknym ukazywaniu fatalnych uczuć.
25-07-2012, 13:22






