Powtarzam sobie wcześniejsze Batmany bez absolutnie żadnej logicznej kolejności. Najpierw TDK, potem Begins a teraz...
Batman Forever
To był najzabawniejszy seans tego filmu jak do tej pory, jak i jeden z najzabawniejszych seansów ever. Chyba żadna komedia nie dostarczyła mi tyle śmiechu, poza tym darzę Forevera ogromną dozą sentymentu (czasy szkoły podstawowej fuck yeah!), a większość dialogów znam na pamięć i tak, nawet dzisiaj są dla mnie kultowe w swej absurdalności i dawce komedii jaką oferują.
Scenariusz wpisuje się w schemat wypracowany przez Burtona, a dokładniej stanowi powtórkę z Batman Returns:
1) Na wzór Pingwina mamy przeciwnika, który już był w Gotham, czyli Two-Face'a. W tym miejscu trzeba wspomnieć o kuriozalnej migawce z procesu, z której dowiadujemy się że dzięki kartce papieru można częściowo - ale symetrycznie! - osłonić się przed kwasem.
2) Na wzór Catwoman (ale też Jokera z pierwszego filmu) mamy przeciwnika, który ma swój origin, czyli Riddlera. Tak jak Selina Kyle miała na pieńku ze swoim szefem, tak samo jest w przypadku Edwarda Nygmy, z tymże tutaj to pracownik wyrzuca szefa z okna, a nie odwrotnie :P
Intryga jest oczywiście mega bzdurna i w sumie do dzisiaj nie wiem o co chodzi. Riddler zasysa ludzkie myśli z całego miasta, ale po co? I czemu Batman rusza z odsieczą, skoro nie ma to na ludzi żadnego wpływu? Nawet Batman z Westem miał więcej sensu. Schumacher zresztą nawet nie próbuje udawać, że jest w tym jakikolwiek sens i bez opamiętania piętrzy kolejne absurdy, jak np. zdjęcia Batmana w prasie, który po prostu pozuje fotoreporterom. O_O Ale trudno nawet przewracać na nie oczami i nie pozostaje nic innego jak po prostu się z tego śmiać, choć niekoniecznie w momentach zabawnych według reżysera. Ochroniarz, który bardziej od tego, że zaraz może umrzeć bolesną śmiercią w sejfie zalewanym kwasem przejmuje się tym, że Batman zabrał mu aparat słuchowy to, delikatnie mówiąc, niezbyt udany gag.
Schumacher sili się też na jakieś pseudo-dramatyczne bzdury, po bodaj 40- czy 50-minutach przypominając sobie, że przecież Wayne kiedyś tam stracił rodziców. Od scen jego wspomnień i pieprzeniu o dzienniku ojca można dostać raka.
Z jednej strony widać, że film musiał kosztować spore pieniądze, są znane nazwiska, efekty specjalne, eksplozje, pościgi, ekstrawaganckie pojazdy i kolejne plany zbudowane specjalnie na potrzeby filmu, ale paradoksalnie Forever wygląda po prostu tanio i sztucznie, w czym nie pomagają okropne zdjęcia. Nie wiedzieć czemu autor zdjęć uparł się na tandetne najazdy kamery i kręcenie kamerą przechyloną na bok, co w pewnym momencie robi się naprawdę irytujące.
Val Kilmer jako Batman jest fatalny, ale już na opisanie go w roli Bruce'a Wayne'a brakuje mi słów. Pozbawiony mimiki, osobowości, charyzmy i życia słup o martwym wzroku utkwionym gdzieś daleko. Jest tak zły, że George Clooney wyprzedza go o kilka lat świetlnych.
To co wyprawia Tommy Lee Jones można uzasadnić tylko w jeden sposób - ktoś powiedział mu "postaraj się zagrać jak Jack Nicholson w Batmanie, tylko do n-tej potęgi". I tak zrobił, czego efekt jest porażająco-obezwładniająco-straszny, ale za to ma świetne teksty, które jednak podane przez grającego normalnie aktora nie byłyby tak fajne. Babies starve, politicians grow fat. Holy men are martyred, and junkies grow legion. Why? Why, why, why, why, why? Luck! Blind, stupid, simple, doo-dah, clueless luck!
Jim Carrey... to musi być największa szarża w historii kina. Jeśli ktoś dawno nie oglądał Forevera, niech rzuci okiem na fragment od 4:30 do 5:40:
Nie przepadam za Chrisem O'Donnellem, ale jako jedyny zdaje się dobrze bawić, bez jednoczesnego popadania w totalną groteskę.
Nicole Kidman też bliżej do O'Donnela aniżeli reszty obsady, ale jej rola stanowi dziwne połączenia "Och! Jestem sexy, zwiewna i powabna!" i tyłka w kiju.
W Foreverze jest też moja ulubiona wpadka. Batman pomaga ochroniarzowi wydostać się z sejfu wiszącego pionowo, po czym sam wychodzi i zamyka drzwi. Dostajemy szerszy plan, w którym Batman stoi na sejfie, ale ochroniarza na nim nie ma. Oczywiście za chwilę wraca, ale widać zrobił sobie przerwę :)
5/10 za potężne walory komediowe, których nie mogę nie docenić.
PS. Bez cienia sarkazmu - muzyka jest REWELACYJNA.
Batman Forever
To był najzabawniejszy seans tego filmu jak do tej pory, jak i jeden z najzabawniejszych seansów ever. Chyba żadna komedia nie dostarczyła mi tyle śmiechu, poza tym darzę Forevera ogromną dozą sentymentu (czasy szkoły podstawowej fuck yeah!), a większość dialogów znam na pamięć i tak, nawet dzisiaj są dla mnie kultowe w swej absurdalności i dawce komedii jaką oferują.
Scenariusz wpisuje się w schemat wypracowany przez Burtona, a dokładniej stanowi powtórkę z Batman Returns:
1) Na wzór Pingwina mamy przeciwnika, który już był w Gotham, czyli Two-Face'a. W tym miejscu trzeba wspomnieć o kuriozalnej migawce z procesu, z której dowiadujemy się że dzięki kartce papieru można częściowo - ale symetrycznie! - osłonić się przed kwasem.
2) Na wzór Catwoman (ale też Jokera z pierwszego filmu) mamy przeciwnika, który ma swój origin, czyli Riddlera. Tak jak Selina Kyle miała na pieńku ze swoim szefem, tak samo jest w przypadku Edwarda Nygmy, z tymże tutaj to pracownik wyrzuca szefa z okna, a nie odwrotnie :P
Intryga jest oczywiście mega bzdurna i w sumie do dzisiaj nie wiem o co chodzi. Riddler zasysa ludzkie myśli z całego miasta, ale po co? I czemu Batman rusza z odsieczą, skoro nie ma to na ludzi żadnego wpływu? Nawet Batman z Westem miał więcej sensu. Schumacher zresztą nawet nie próbuje udawać, że jest w tym jakikolwiek sens i bez opamiętania piętrzy kolejne absurdy, jak np. zdjęcia Batmana w prasie, który po prostu pozuje fotoreporterom. O_O Ale trudno nawet przewracać na nie oczami i nie pozostaje nic innego jak po prostu się z tego śmiać, choć niekoniecznie w momentach zabawnych według reżysera. Ochroniarz, który bardziej od tego, że zaraz może umrzeć bolesną śmiercią w sejfie zalewanym kwasem przejmuje się tym, że Batman zabrał mu aparat słuchowy to, delikatnie mówiąc, niezbyt udany gag.
Schumacher sili się też na jakieś pseudo-dramatyczne bzdury, po bodaj 40- czy 50-minutach przypominając sobie, że przecież Wayne kiedyś tam stracił rodziców. Od scen jego wspomnień i pieprzeniu o dzienniku ojca można dostać raka.
Z jednej strony widać, że film musiał kosztować spore pieniądze, są znane nazwiska, efekty specjalne, eksplozje, pościgi, ekstrawaganckie pojazdy i kolejne plany zbudowane specjalnie na potrzeby filmu, ale paradoksalnie Forever wygląda po prostu tanio i sztucznie, w czym nie pomagają okropne zdjęcia. Nie wiedzieć czemu autor zdjęć uparł się na tandetne najazdy kamery i kręcenie kamerą przechyloną na bok, co w pewnym momencie robi się naprawdę irytujące.
Val Kilmer jako Batman jest fatalny, ale już na opisanie go w roli Bruce'a Wayne'a brakuje mi słów. Pozbawiony mimiki, osobowości, charyzmy i życia słup o martwym wzroku utkwionym gdzieś daleko. Jest tak zły, że George Clooney wyprzedza go o kilka lat świetlnych.
To co wyprawia Tommy Lee Jones można uzasadnić tylko w jeden sposób - ktoś powiedział mu "postaraj się zagrać jak Jack Nicholson w Batmanie, tylko do n-tej potęgi". I tak zrobił, czego efekt jest porażająco-obezwładniająco-straszny, ale za to ma świetne teksty, które jednak podane przez grającego normalnie aktora nie byłyby tak fajne. Babies starve, politicians grow fat. Holy men are martyred, and junkies grow legion. Why? Why, why, why, why, why? Luck! Blind, stupid, simple, doo-dah, clueless luck!
Jim Carrey... to musi być największa szarża w historii kina. Jeśli ktoś dawno nie oglądał Forevera, niech rzuci okiem na fragment od 4:30 do 5:40:
Nie przepadam za Chrisem O'Donnellem, ale jako jedyny zdaje się dobrze bawić, bez jednoczesnego popadania w totalną groteskę.
Nicole Kidman też bliżej do O'Donnela aniżeli reszty obsady, ale jej rola stanowi dziwne połączenia "Och! Jestem sexy, zwiewna i powabna!" i tyłka w kiju.
W Foreverze jest też moja ulubiona wpadka. Batman pomaga ochroniarzowi wydostać się z sejfu wiszącego pionowo, po czym sam wychodzi i zamyka drzwi. Dostajemy szerszy plan, w którym Batman stoi na sejfie, ale ochroniarza na nim nie ma. Oczywiście za chwilę wraca, ale widać zrobił sobie przerwę :)
5/10 za potężne walory komediowe, których nie mogę nie docenić.
PS. Bez cienia sarkazmu - muzyka jest REWELACYJNA.
28-07-2012, 14:51 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28-07-2012, 15:23 przez Mierzwiak.)





