Jak Nolan kręci film na podstawie własnego pomysłu, to wychodzi taka "Incepcja", gdzie wszystko się w sumie kupy trzyma, a przy okazji nie brakuje też niezłej rozrywki.
Z jego "Batmanami" od początku mam jednak ten sam problem - fajne pojedyncze sceny, postacie, ale to się za cholerę nie klei. Niby realizm, ale bajki większe niż u Burtona.
Jakby wyjąć z tego filmu kiczowate kostiumy z uszami i pelerynami, to wyszłoby to tylko na dobre, ale Nolan z oczywistych powodów nie może tego zrobić i widać wyraźnie, że się w takiej konwencji męczy i najchętniej wywaliłby tego całego Batmana i zostawił samego Wayne'a. Gdyby jednak tych drobnych komiksowych elementów nie było, to wyszłoby na jaw o czym piszę przynajmniej od "Mrocznego rycerza" - filmy Nolana mają naprawdę niewiele wspólnego z komiksami o Batmanie i wiąże je z nimi bardzo cienka nić przymusowych wątków/rekwizytów, które mają nabić ten miliard dolarów w kasach biletowych.
Najnowszy film o gacku dodatkowo męczy jeszcze coś innego - wyraźnie częstsze niż w poprzednich częściach hollywoodzkie klisze, które na przemian mieszają się z równie nieznośnym patosem. Rezultatem jest słabe filmidło z paroma fajnymi scenkami akcji, dającą radę Hathaway i więcej niż poprawnym Hardym.
Szkoda, bo Whedon pokazał ostatnio, że można zrobić komiks, ale mniej topornie - nie wstydzący się swoich słabostek, godzący się na nie i robiący sobie z nich jaja (nie żeby mi się ci Avengersi jakoś specjalnie podobali, ale popieram po prostu takie podejście).
btw., przejrzałem pobieżnie ten temat i wydaje mi się, że toczy się dyskusja pod tytułem: umarł ten Wayne czy nie umarł? Ja nie odebrałem tej końcowej scenki jako niejednoznacznej. Gdy filmowiec używa jakichś nietypowych środków, to po coś to robi. Tutaj do scenki wybrał, wcześniej raz użytego (w podobnym charakterze), jaskrawego filtru. Wniosek zatem, według mnie, taki, że scenka rozgrywa się w wyobraźni Alfreda.
Z jego "Batmanami" od początku mam jednak ten sam problem - fajne pojedyncze sceny, postacie, ale to się za cholerę nie klei. Niby realizm, ale bajki większe niż u Burtona.
Jakby wyjąć z tego filmu kiczowate kostiumy z uszami i pelerynami, to wyszłoby to tylko na dobre, ale Nolan z oczywistych powodów nie może tego zrobić i widać wyraźnie, że się w takiej konwencji męczy i najchętniej wywaliłby tego całego Batmana i zostawił samego Wayne'a. Gdyby jednak tych drobnych komiksowych elementów nie było, to wyszłoby na jaw o czym piszę przynajmniej od "Mrocznego rycerza" - filmy Nolana mają naprawdę niewiele wspólnego z komiksami o Batmanie i wiąże je z nimi bardzo cienka nić przymusowych wątków/rekwizytów, które mają nabić ten miliard dolarów w kasach biletowych.
Najnowszy film o gacku dodatkowo męczy jeszcze coś innego - wyraźnie częstsze niż w poprzednich częściach hollywoodzkie klisze, które na przemian mieszają się z równie nieznośnym patosem. Rezultatem jest słabe filmidło z paroma fajnymi scenkami akcji, dającą radę Hathaway i więcej niż poprawnym Hardym.
Szkoda, bo Whedon pokazał ostatnio, że można zrobić komiks, ale mniej topornie - nie wstydzący się swoich słabostek, godzący się na nie i robiący sobie z nich jaja (nie żeby mi się ci Avengersi jakoś specjalnie podobali, ale popieram po prostu takie podejście).
btw., przejrzałem pobieżnie ten temat i wydaje mi się, że toczy się dyskusja pod tytułem: umarł ten Wayne czy nie umarł? Ja nie odebrałem tej końcowej scenki jako niejednoznacznej. Gdy filmowiec używa jakichś nietypowych środków, to po coś to robi. Tutaj do scenki wybrał, wcześniej raz użytego (w podobnym charakterze), jaskrawego filtru. Wniosek zatem, według mnie, taki, że scenka rozgrywa się w wyobraźni Alfreda.
29-07-2012, 03:46 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29-07-2012, 03:51 przez Albertino.)






