(02-08-2012, 23:36)Crov napisał(a):(02-08-2012, 23:27)Cator napisał(a): (...)Miasto u Nolana zostało lepiej nakreślone niż w jakiejkolwiek innej komiksowej adaptacji(ale nie mam tu na myśli walorów wizualnych).Gotham u Burtona i Nowy Jork w Spider-Manie są znacznie bardziej charakterystyczne i wyraziste. U Nolana Gotham to ot po prostu miasto nie wyrózniające się niczym wyjątkowym.
A w Spidermanie NY wyróżnia się czymś wyjątkowym, oprócz tego, że to NY? Powtórzę to co już pisałem na ten temat:
Gotham to u Nolana jeden z najbardziej charakterystycznych elementów trylogii, pomimo braku gotyckich gargulców czy tła art-deco. Tak, to jest niby zwykła, dzisiejsza metropolia, ale przedstawiona i nakręcona w sposób którego nie powstydziłby się Mann. U Burtona miasto było jedynie zbiorem paru ładnych dekoracji(które zresztą ostro się postarzały, art design Arkham Asylum to to nie jest) i tłem. To właśnie u Nolana, Gotham i jego mieszkańcy stali się integralną częścią filmu, a działania Wayne'a są cały czas uzależnione od miasta. Miasta które Pfister uchwycił w rewelacyjny sposób (głównie w TDK, Nowy Jork z Rises nie jest już tak imponujący). Zdjęcia są wyśmienite i klimatyczne.
Gdy myślę o Gotham w TDK to widzę długie ujecie na ulice miasta i plecy Jokera podczas napadu na bank. Szerokie kadry szklanych wieżowców arystokracji miasta z sylwetką gacka na dachu. Rozmach sekwencji finałowej w budynku Prewitt. Pięknie oświetlone ulice Gotham ogrodzone przez ścianę wieżowców, pokazane podczas nocnego pościgu Bat-Podem. Do tego dostajemy szeroki, zróżnicowany obraz miasta. Szklana dżungla wierzowców, ciemne alejki , mafijne bary, odrapane sale przesłuchań, spalone szkielety fabryk i stocznie. Wszystko pasujące do Gotham i świetnie nakręcone. W trylogii(szczególnie w TDK) jest naprawdę wiele wspaniałych, ziejących klimatem ujęć, a chłodne odcienie i wysoki kontrast podczas scen nocnych podkręcają atmosferę.
Gotham w TDK było bardziej - nie chce użyć słowa "realnym" - żywym i istotnym miejscem, a stężenie zajebistych zdjęć, zdecydowanie większe niż w poprzednich filmach. Gotham jest też dużo lepiej nakreślone i istotne fabularnie, niż w Bat-filmach poprzednich reżyserów. Pojadę teraz banałem, ale Gotham u Nolana, jest prawie jak bohater, a działania Batmana są uzależnione od miasta, czyli tak jak być powinno.
(03-08-2012, 13:14)Phil napisał(a): z Batmana zrobił gościa, który przy pierwszej porażce zarzuca pelerynę na kołek (przypominam, że komiksowy gacek radził sobie ze śmiercią Robina, paraliżem Batgirl, śmiercią żony Gordona i pewnie wieloma innymi porażkami), a w nawiązującym do "Powrotu Mrocznego Rycerza" zakończeniu daje Bruce'wi happy end i normalne życie - w wyżej wspomnianym komiksie Bruce pozoruje swoją śmierć, żeby poświęcić resztkę swojego życia na trenowanie ARMII do walki z przestępczością. Bo to jest Batman. Postać, która ma jasno ukształtowany życiowy cel (Rachel w TDK mówi coś, że nie nadejdzie dzień, w którym BRUCE nie będzie potrzebował Batmana). W końcu Nolan nie rozumie Gotham. To miasto wiecznie pogrążone w brudzie, przestępstwach, zbrodniach. To miasto, którego nie da się naprawić jednym przepisem prawnym.
Ale to jest po prostu kolejna interpretacja postaci Gacka. Nie ma jedynego, słuszego, kanonicznego Batmana. Filmy Nolana to taki sam elseworld jak filmy Burtona i bardzo dobrze. Niektóre aspekty Nolanowskiego Nietoperza kłócą się z moim wyobrażeniem tej postaci. Jakbyście mi przed seansem TDKR opisali słownie zakończenie, to bym się krzywił i marudził. Ale Nolan przedstawił to w sposób który łykam bez popitki. Mało tego, im częściej o tym myślę, tym bardziej podoba mi się story arc Bruce'a zaserwowany przez Nolana na przestrzeni tych trzech filmów.
Opowieść kolesia który jak już pisałem wcześniej, targany licznymi kompleksami, traumą z dzieciństwa i ledwo trzymaną w ryzach agresją, wyrusza w świat, trenuje ciało i umysł, pozbywa się kompleksów i strachu, buduje od podstaw swojej alter ego, rozpoczyna krucjatę przeciwko mafii i w pojedynkę gromi przestępczość zorganizowaną, jednocześnie inspirując czystych gliniarzy do działania. Skutecznie przejmuje firmę i spuściznę ojca, pokonuje trzech dużych komiksowych super-villainów(przyczyniając sie przy tym do śmierci obywateli i własnej dziewczyny), przeżywa okres zwątpienia i przechodzi odrodzenie, no i ogólnie poświęca swoje życie i zdrowie psychiczne w imię swojej obsesji. To uczłowieczenie Bruce'a sprawia, że postać jest bardziej interesująca.
Bale to nadal jest wiecznie wkurwiony Batman, drący się na Bane'a jak wściekłe zwierze, z hukiem okładający Jokera pięściami po ryju, zrzucający mafiozów z drugiego piętra na połamanie nóg i dziko rzucając się na przestępców jak bestia, naparzając ich łokciami, a nie choreografią "z karata". Ogólnie obsesyjny facet napędzany misją. Ale widać, że ta misja i obsesja nie przychodzi mu łatwo i odbija sie na jego zdrowiu psychicznym. I to jest świetny motyw, nadający mu pewnego tragizmu. Na tle tego wszystkigo, happy end Bruce'a wydaje się być w pełni zasłużony. Nawet chowający się przed światem, brodaty, aspołeczny samotnik, poruszający się o lasce i nawiedzający korytarze Wayne Manor, również w jakiś sposób pasuje do posępnego wizerunku Bruce'a.
Monolityczna postawa poprzednich Batmanów była świetna, ale to jest lepsze. Dla mnie kwintesencją Mrocznego Rycerza od zawsze była postać psychola, wiecznie uwięznionego w swojej niekończącej się misji, ale wizja Nolana działa idealnie w kontekście jego filmów, jest również zajebista sama w sobie i ogólnie to kolejna rewelacyjna elseworldowa interpretacja tej postaci. Nie wszystkie aspekty tej interpretacji mi się podobają, a Nolanowskiemu Batmanowi brakuje tej powściągliwej zajebistości i rezerwy Keatona. Ale podsumowując, to Bale daje najbardziej kompletny, zróżnicowany i przede wszystkim angażujący wizerunek Batmana w filmie.
A co do Dent Act. Tu nie chodziło o jeden magiczny przepis prawny który okazał się lekarstwem na wszystko, ale o ogólną mobilizację różnych struktur miasta przeciw przestępczości. Ot, taki ruch społeczny, popierany przez polityków jak burmistrz grany przez Carbonella, bo zwiększenie intensywności walki z kryminałem nagle okazała się być politycznie opłacalne i popularne, po zmianie nastrojów w mieście, jakie zapadły po wydarzeniach zaserwowanych przez Jokera. Ktoś w komentarzach na stronie ładnie porównał to do roboty Giulianiego w NY. Tam oczywiście nie sprowadzało się to do jednego przepisu, ale i w Gotham nie chodziło o pojedyncze magiczne rozwiązanie prawne.
(03-08-2012, 15:43)Mierzwiak napisał(a): Wayne powinien się o nią obwiniać, wszak to on zdecydował, po kogo pojedzie i nie przewidział, że Joker może go zmylić zamieniając lokacje. To tak w kwestii wiary psychopatom na słowo, skoro Batman wierzy, dlaczego nie dziennikarze z Gotham? :PChyba czegoś nie zrozumiałem. Batman wyraźnie wybrał Rachel, a zmylony został przez Jokera który w ostatniej chwili zmienił zmienił adresy(swoją drogą świetny motyw i scena). Co do wiary na słowo, to co miał zrobić tej sytuacji? Przeprowadzić dokładne śledztwo i podłączyć Jokera do wykrywacza kłamstw? Nie było na to czasu. A co do obwiniana się za jej śmierć, to przecież chyba cały wątek Wayne'a jako Howarda Hughes'a ukrytego przed światem, wynikał w dużej mierze z tego, że po części obwiniał się za jej śmierć. Z jego punktu widzenia, Rachel zginęła przez jego zabawę w kotka i myszke z Klaunem. Joker celowo pomieszał adresy, po to by ją zabić i coś Wayne'owi udowodnić.
(30-07-2012, 23:17)leMur napisał(a): Tutaj dostajemy dwa bezsensowne wątki, zupełnie zbyteczne w tym i tak długim filmie. Stanowiące jedynie - jak się dowiedziałem - "mrugnięcia okiem do fanów". Nie musisz mi mówić, kim jest zainspirowana postać Jen. Wiem to. Ale oglądając film staram się wyabstrahować od tego, że jest on adaptacją komiksu. Chcę, żeby wątki domykały się w ramach filmu, a nie dopiero wtedy, gdy poznam komiksowy background.Okej, ale przecież to nie jest żaden konkretny wątek. Ona nie jest oddzielną postacią o której musimy coś wiedzieć. To jest tylko dodatek, mały smaczek do Seliny, mający podkoloryzować jej postać. Odpowiednik ciucha ;) I to fajny, bo pokazuje jak obydwie opierają się na sobie i razem próbują przeżyć w tym mieście. Podejrzewam, że gdyby nie to, że grała ją Temple, to nikt by się do tego nie przyczepił.
Fuck the cavalry and the committee that recieves 'em.
04-08-2012, 05:22 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04-08-2012, 19:34 przez Proteus.)





