Niestety, Niezniszczalni 2 to gniot. Zaczyna się nieźle, strzelaniny, wybuchy, kilka one-linerów.
Stara ekipa niszczy całą armię, ratuje chińskiego miliardera, a na miejscu znajduje się... Schwarzenegger.
Powrót, odpoczynek w pubie. Twórcy od początku usilnie starają się byśmy polubili nową postać - młodziaka który dołączył do oddziału Stalone'a. Próbują stworzyć pozory dramatyzmu, kiedy młodziak ginie, a Stallone poprzysięga zemstę. Wychodzi to kiczowato - dramatyczna muzyka, czytanie listu pożegnalnego młodziaka do dziewczyny, Sly mamroczący coś o sensie życia, i niezbyt przekonująco - Niezniszczalni którzy bez zadraśnięcia rozwalają zastępy wrogów, na skalę jakiej nie widziałem w żadnym tego typu filmie, po pojawieniu się Złoczyńcy (dosłownie, Van Damme gra postać o imieniu Villain) który pojmał młodziaka, grzecznie rzucają broń, kładą się na ziemię, oddają mapę pokazującą położenie starych składów plutonu.
No i wychodzi że nie ma choćby cienia dramatyzmu, nawet gdy trafiają do wioski, z której Złoczyńca porwał wszystkich facetów do pracy w kopalni, a kobiety z karabinami chronią ukrywające się w piwnicach dzieci.
Naprawdę, ze wszystkich pomysłów jakie można było zaserwować, ten wydaje mi się najbardziej suchy.
Simon West nakręcił wcześniej między innymi "Con Air", któremu lekko mówiąc daleko do arcydzieła, ale który jest o niebo lepszy od sequela "Niezniszczalnych". Nie wymagam od takiego filmu dobrej fabuły... właściwie to nawet nie wymagam fabuły... Ale dawno nie widziałem tak mało przekonującego motywu zemsty, a pomysł z kobietami chroniącymi swe dzieci w wiosce wyglądającej jak obóz koncentracyjny... No nie wiem.
Aha - dialogi. Luźne rozmowy dają radę. Kiedy rozmowa zaczyna być serio, przy niektórych tekstach i obojętności przy ich wypowiadaniu aż łapałem się za głowę. Dziwna jest też postać azjatki, wrzucona zdecydowanie na siłę. Chyba tylko po to, żeby wśród "Niezniszczalnych" była choć jedna kobieta i żeby z trudem cedzący już słowa Stallone mógł poudawać zaczątki romansu.
Niestety, poza pierwszą sceną, akcja też leży. Podstarzali bohaterowie prawie się nie poruszają (mam tu na myśli przede wszystkim Willisa i Schwarzeneggera)... wystarczy że stoją z karabinem i strzelają, a wrogowie padają jak muchy. Następna scena - znowu stoją, tylko że w innym miejscu, z tą samą miną trzymając tylko za spust, a wrogowie przewracają się jak domino.
Do tego jest słabo nakręcona.
Jest kilka fajnych scen, parę niezłych one-linerów (szczególnie jeden Sly'a przy którym autentycznie się zaśmiałem), dobrze wypada Chuck Norris (mimo towarzyszącej mu zawsze, koszmarnie dobranej muzyki i tego że pojawia się tylko w paru momentach), Lundgren i Van Damme, fajnie że pojawili się Schwarzenegger i Willis, ale mogliby pobiegać, zamiast stać jak posągi z karabinami. Ratuje ich choć trochę scena ze smartem.
Ocena: 6/10 za zebranie tylu starych gwiazd kina akcji w jednym filmie... niestety słabym.
Gdybym nie oglądał zwiastunów i nie przeczytał o paru scenach, może byłoby 7/10.
Stara ekipa niszczy całą armię, ratuje chińskiego miliardera, a na miejscu znajduje się... Schwarzenegger.
Powrót, odpoczynek w pubie. Twórcy od początku usilnie starają się byśmy polubili nową postać - młodziaka który dołączył do oddziału Stalone'a. Próbują stworzyć pozory dramatyzmu, kiedy młodziak ginie, a Stallone poprzysięga zemstę. Wychodzi to kiczowato - dramatyczna muzyka, czytanie listu pożegnalnego młodziaka do dziewczyny, Sly mamroczący coś o sensie życia, i niezbyt przekonująco - Niezniszczalni którzy bez zadraśnięcia rozwalają zastępy wrogów, na skalę jakiej nie widziałem w żadnym tego typu filmie, po pojawieniu się Złoczyńcy (dosłownie, Van Damme gra postać o imieniu Villain) który pojmał młodziaka, grzecznie rzucają broń, kładą się na ziemię, oddają mapę pokazującą położenie starych składów plutonu.
No i wychodzi że nie ma choćby cienia dramatyzmu, nawet gdy trafiają do wioski, z której Złoczyńca porwał wszystkich facetów do pracy w kopalni, a kobiety z karabinami chronią ukrywające się w piwnicach dzieci.
Naprawdę, ze wszystkich pomysłów jakie można było zaserwować, ten wydaje mi się najbardziej suchy.
Simon West nakręcił wcześniej między innymi "Con Air", któremu lekko mówiąc daleko do arcydzieła, ale który jest o niebo lepszy od sequela "Niezniszczalnych". Nie wymagam od takiego filmu dobrej fabuły... właściwie to nawet nie wymagam fabuły... Ale dawno nie widziałem tak mało przekonującego motywu zemsty, a pomysł z kobietami chroniącymi swe dzieci w wiosce wyglądającej jak obóz koncentracyjny... No nie wiem.
Aha - dialogi. Luźne rozmowy dają radę. Kiedy rozmowa zaczyna być serio, przy niektórych tekstach i obojętności przy ich wypowiadaniu aż łapałem się za głowę. Dziwna jest też postać azjatki, wrzucona zdecydowanie na siłę. Chyba tylko po to, żeby wśród "Niezniszczalnych" była choć jedna kobieta i żeby z trudem cedzący już słowa Stallone mógł poudawać zaczątki romansu.
Niestety, poza pierwszą sceną, akcja też leży. Podstarzali bohaterowie prawie się nie poruszają (mam tu na myśli przede wszystkim Willisa i Schwarzeneggera)... wystarczy że stoją z karabinem i strzelają, a wrogowie padają jak muchy. Następna scena - znowu stoją, tylko że w innym miejscu, z tą samą miną trzymając tylko za spust, a wrogowie przewracają się jak domino.
Do tego jest słabo nakręcona.
Jest kilka fajnych scen, parę niezłych one-linerów (szczególnie jeden Sly'a przy którym autentycznie się zaśmiałem), dobrze wypada Chuck Norris (mimo towarzyszącej mu zawsze, koszmarnie dobranej muzyki i tego że pojawia się tylko w paru momentach), Lundgren i Van Damme, fajnie że pojawili się Schwarzenegger i Willis, ale mogliby pobiegać, zamiast stać jak posągi z karabinami. Ratuje ich choć trochę scena ze smartem.
Ocena: 6/10 za zebranie tylu starych gwiazd kina akcji w jednym filmie... niestety słabym.
Gdybym nie oglądał zwiastunów i nie przeczytał o paru scenach, może byłoby 7/10.
05-09-2012, 13:46





