Mental: Miami Vice mialem nieprzyjemnosc ogladac trzy razy i mam szczera nadzieje, ze na tym sie skonczy i wiecej do tego nie bede musial wracac. Zastanawialem sie nad Twoim wnioskiem o "innosci" tegoz dziela i fakt - cos w tym jest:
- trailer zapowiadal efektowny film a'la "Lethal Weapon"
- ogolny styl w powyzszym przypominal bardziej "Bad Boys"
- jak nie rozpierducha i one-linery, to widze dwie opcje: krok w strone "Beverly Hills Cop" albo w strone jakiegos Brudnego Harrego ;-)
Nic z tych rzeczy nie mialo miejsca. I teraz pytanie: czy Mann stworzyl jakas nowa jakosc? Skoro to nie film akcji, dramat, komedia czy bezmyslne lubu-dubu, to co?
Odpowiedz brzmi: nic. Powstal film zupelnie nijaki, ktory niedosc, ze nie potrafi w zaden sposob czlowieka zainteresowac, to jeszcze razi lukami w fabule i drewnianym (przepraszam Rasiaka) aktorstwem. Idac do kina nie czytalem wczesniej recenzji, stwierdzilem, ze dam sie porwac wizji rezysera (jak w "Collateral" gdzie sporym szokiem przy pierwszym ogladaniu bylo to, ze Cruise moze byc "cool badass-em"
. Po seansie zastanawialem sie: co to wlasciwie mialo byc? Summer action flick? Zdecydowanie nie, przez dluzyzny i tylko dwie sceny robiace wrazenie z technicznego punktu widzenia (motorowki i koncowa strzelanina). Dramat? A skad - Farrell i Foxx stali i tepo patrzyli, jakby mieli nadzieje, ze z offu sufler podpowie co wlasciwie maja robic. Przykra sprawa, ale kazdy wielki rezyser ma swojego "Aleksandra" i kiedys musi zaliczyc wtope. W zaden sposob nie moge zgodzic sie z opinia, ze "Miami Vice" jest filmem nawet przecietnym.
Pozdrawiam
- trailer zapowiadal efektowny film a'la "Lethal Weapon"
- ogolny styl w powyzszym przypominal bardziej "Bad Boys"
- jak nie rozpierducha i one-linery, to widze dwie opcje: krok w strone "Beverly Hills Cop" albo w strone jakiegos Brudnego Harrego ;-)
Nic z tych rzeczy nie mialo miejsca. I teraz pytanie: czy Mann stworzyl jakas nowa jakosc? Skoro to nie film akcji, dramat, komedia czy bezmyslne lubu-dubu, to co?
Odpowiedz brzmi: nic. Powstal film zupelnie nijaki, ktory niedosc, ze nie potrafi w zaden sposob czlowieka zainteresowac, to jeszcze razi lukami w fabule i drewnianym (przepraszam Rasiaka) aktorstwem. Idac do kina nie czytalem wczesniej recenzji, stwierdzilem, ze dam sie porwac wizji rezysera (jak w "Collateral" gdzie sporym szokiem przy pierwszym ogladaniu bylo to, ze Cruise moze byc "cool badass-em"
. Po seansie zastanawialem sie: co to wlasciwie mialo byc? Summer action flick? Zdecydowanie nie, przez dluzyzny i tylko dwie sceny robiace wrazenie z technicznego punktu widzenia (motorowki i koncowa strzelanina). Dramat? A skad - Farrell i Foxx stali i tepo patrzyli, jakby mieli nadzieje, ze z offu sufler podpowie co wlasciwie maja robic. Przykra sprawa, ale kazdy wielki rezyser ma swojego "Aleksandra" i kiedys musi zaliczyc wtope. W zaden sposob nie moge zgodzic sie z opinia, ze "Miami Vice" jest filmem nawet przecietnym.Pozdrawiam
27-02-2007, 14:03






