Fire With Fire - w założeniach klasyczny film o zemście, rodem z lat 80. Początek sprawia wrażenie, jakby realizowano jakiś zakurzony scenariusz wyciągnięty z szafy Shane'a Blacka - bohater (strażak) jest świadkiem rozwalenia właściciela sklepu i jego syna przez złego biznes-nazistę, któremu sklepikarz nie chciał odsprzedać swojego interesu. Potem jest program ochrony świadków, grożenie rodzinie strażaka, no i facet nie ma wyjścia - musi iść i zabić nazizmesmena.
Momentami film wspina się na wyżyny, bo do wielu motywów podchodzi na poważnie. Strażak nie zna się na widżylantyzmie - denerwuje się przy spotkaniu z przestępcami, dostaje zdrowy wpierdol i tylko dzięki upartości dopina swego. Fajne podejście, zwłaszcza w scenie
Ogólnie film mnie urzekł prostotą: przez większość czasu nie epatuje efekciarstwem. Główny bohater (klon Olyphanta) chodzi w dżinsach, koszulce i czapce z daszkiem. Jest tak mało modny, jak tylko może być. Nawet nie ma wyraźnego sześciopaka.:)
To są zalety, ale są też wady. W pierwszej połowie filmu jest jedna scena, w której próbowano chyba odtworzyć strzały ze snajperki z Maxa Payne'a, ale wygląda to tragicznie (nie wspominając o tym, że w tejże scenie pani agent z glockiem ma lepszego cela niż szkolony zabójca ze snajperką). W końcówce wali w oczy CGI, choć można było dać sobie radę bez niego. Poza tym wydaje mi się, że w tym filmie CGI krew została nałożona na tradycyjną, tzn. widać zwykłą farbę, ale jest też dodatkowa zrobiona komputerowo, jakby reżyser stwierdził, że podczas realizacji za mało dali keczupu. Dziwne to było.
Są też dłużyzny i wątki prowadzące donikąd, takie jak zbędny wątek Bruce'a Willisa. No właśnie, baj de łej - gra tu Willis. Na drugim planie. Niczego nie pokazuje i jest podpięty na siłę.
Ogólnie: da się obejrzeć. Był potencjał na coś znacznie lepszego, no ale cóż. Nie jest tak źle. 5+/10
Momentami film wspina się na wyżyny, bo do wielu motywów podchodzi na poważnie. Strażak nie zna się na widżylantyzmie - denerwuje się przy spotkaniu z przestępcami, dostaje zdrowy wpierdol i tylko dzięki upartości dopina swego. Fajne podejście, zwłaszcza w scenie
Ogólnie film mnie urzekł prostotą: przez większość czasu nie epatuje efekciarstwem. Główny bohater (klon Olyphanta) chodzi w dżinsach, koszulce i czapce z daszkiem. Jest tak mało modny, jak tylko może być. Nawet nie ma wyraźnego sześciopaka.:)
To są zalety, ale są też wady. W pierwszej połowie filmu jest jedna scena, w której próbowano chyba odtworzyć strzały ze snajperki z Maxa Payne'a, ale wygląda to tragicznie (nie wspominając o tym, że w tejże scenie pani agent z glockiem ma lepszego cela niż szkolony zabójca ze snajperką). W końcówce wali w oczy CGI, choć można było dać sobie radę bez niego. Poza tym wydaje mi się, że w tym filmie CGI krew została nałożona na tradycyjną, tzn. widać zwykłą farbę, ale jest też dodatkowa zrobiona komputerowo, jakby reżyser stwierdził, że podczas realizacji za mało dali keczupu. Dziwne to było.
Są też dłużyzny i wątki prowadzące donikąd, takie jak zbędny wątek Bruce'a Willisa. No właśnie, baj de łej - gra tu Willis. Na drugim planie. Niczego nie pokazuje i jest podpięty na siłę.
Ogólnie: da się obejrzeć. Był potencjał na coś znacznie lepszego, no ale cóż. Nie jest tak źle. 5+/10
10-11-2012, 17:21 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10-11-2012, 17:21 przez military.)

Spoiler




