The Thing From Another World - film, którego remakiem jest niby The Thing, ale nie traktuję filmu Carpentera w kategorii remake'u; to raczej inna adaptacja tego samego opowiadania. Tak czy inaczej, oryginał jest straszny. Znaczy się - strasznie zły. Bardzo, bardzo zły. Począwszy od muzyki w postaci popularnych wtedy trąb jęczących na cały głos dramatyczne dźwięki połączone z "dziwnymi" odgłosami UFO, przez dramatycznie złe aktorstwo i dialogi (nawet jak na tamte czasy, uwzględniając specyficzną manierę ówczesnych aktorów), po beznadziejną inscenizację.
Sam nie wiem, co jest gorsze - fakt, że naukowcy zachowują się jak w Prometeuszu (widzą statek kosmiczny zakopany w lodzie i w SEKUNDĘ decydują się dostać do niego za pomocą ładunków wybuchowych - jak Norwegowie w Cosiu. Oczywiście rozwalają go w drobny mak), czy to, że bohaterowie ani na chwilę się nie zamykają. Nie ma tu cichych scen - ciągle ktoś gada i gada i gada i gada, i to o niczym, a akcja stoi w miejscu.
Fabuła jest trochę inna niż w pozostałych Cosiach: naukowcy rejestrują rozbicie UFO na biegunie, żołnierze towarzyszą im w próbie jego odzyskania. Jak wspomniałem, statek rozwalają w drobny mak, ale znajdują ciało w lodzie, więc je wycinają i przewożą do bazy. Rozkaz jest taki, by go nie ruszać, tylko czekać na rozkazy, ale pilnującemu lodu żołnierzowi nie podoba się widok kosmity, więc narzuca na bryłę koc. Okazuje się, że koc jest kocem elektrycznym, i to podłączonym do prądu - lód topnieje, kosmita się uwalnia. Oczywiście gigantyczna bryła lodu topi się, cieknąc jak przebita rura - tuż za plecami żołnierza, który coś notuje, ale nie słyszy wodospadu, który powstaje za jego plecami. Ale wystarczy, że padnie na niego cień kosmity, a już się zrywa i zaczyna kanonadę z pistoletu i ogólnie dostaje pierdolca. Nie dziwne, że kosmita zaczął zabijać, skoro spotkał się z takim powitaniem.
A propos: kosmita to z grubsza Frankenstein. Oryginalne, nie? Ale, ale - tam, gdzie zawodzi wyobraźnia wizualna, przychodzą z odsieczą szczegóły. Otóż kosmita jest warzywem. Żywym kosmicznym warzywem.
W tym momencie przestałem oglądać. 0/10
Lubię stare s-f w stylu Earth vs Flying Saucers, ale TFAW to po prostu żenada w każdej sekundzie.
Sam nie wiem, co jest gorsze - fakt, że naukowcy zachowują się jak w Prometeuszu (widzą statek kosmiczny zakopany w lodzie i w SEKUNDĘ decydują się dostać do niego za pomocą ładunków wybuchowych - jak Norwegowie w Cosiu. Oczywiście rozwalają go w drobny mak), czy to, że bohaterowie ani na chwilę się nie zamykają. Nie ma tu cichych scen - ciągle ktoś gada i gada i gada i gada, i to o niczym, a akcja stoi w miejscu.
Fabuła jest trochę inna niż w pozostałych Cosiach: naukowcy rejestrują rozbicie UFO na biegunie, żołnierze towarzyszą im w próbie jego odzyskania. Jak wspomniałem, statek rozwalają w drobny mak, ale znajdują ciało w lodzie, więc je wycinają i przewożą do bazy. Rozkaz jest taki, by go nie ruszać, tylko czekać na rozkazy, ale pilnującemu lodu żołnierzowi nie podoba się widok kosmity, więc narzuca na bryłę koc. Okazuje się, że koc jest kocem elektrycznym, i to podłączonym do prądu - lód topnieje, kosmita się uwalnia. Oczywiście gigantyczna bryła lodu topi się, cieknąc jak przebita rura - tuż za plecami żołnierza, który coś notuje, ale nie słyszy wodospadu, który powstaje za jego plecami. Ale wystarczy, że padnie na niego cień kosmity, a już się zrywa i zaczyna kanonadę z pistoletu i ogólnie dostaje pierdolca. Nie dziwne, że kosmita zaczął zabijać, skoro spotkał się z takim powitaniem.
A propos: kosmita to z grubsza Frankenstein. Oryginalne, nie? Ale, ale - tam, gdzie zawodzi wyobraźnia wizualna, przychodzą z odsieczą szczegóły. Otóż kosmita jest warzywem. Żywym kosmicznym warzywem.
W tym momencie przestałem oglądać. 0/10
Lubię stare s-f w stylu Earth vs Flying Saucers, ale TFAW to po prostu żenada w każdej sekundzie.
07-01-2013, 21:11 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07-01-2013, 21:12 przez military.)






