Mama (reż. Andres Muschietti)
Zaczęło się naprawdę pięknie. Klimatyczne, ładne zdjęcia i godna podziwu subtelność w przekazywaniu treści. Przed domem stoi niedbale zaparkowany samochód, kierowca nie zdążył zamknąć drzwi i wyłączyć radia. Z głośnika nadają wiadomość o zaginionym pracowniku przedsiębiorstwa, które dosięgła macka giełdowego krachu. W biurze, w którym pracował strzelano do dwóch osób, jedna z nich nie żyje. BANG! Jeszcze jeden strzał nakłada się z cięciem. Teraz znajdujemy się wewnątrz domu, widzimy nasłuchującą, nieco przestraszoną trzyletnią dziewczynkę. Z kadrów bije chłód, a cisza po strzale zdaje się być przeszywająca. W końcu słychać głośne kroki i do pokoju wpada ojciec trzylatki. W pośpiechu wyjmuje z łóżeczka drugą z córek i cała trójka pakuje się do wspominanego wcześniej auta. Prują szybko opustoszałą górską szosą o oblodzonej nawierzchni. Zbyt szybko, by utrzymać się na drodze. Samochód wpada w poślizg i wylatuje z impetem z jezdni, znikając za zboczem skarpy.
I w tym momencie kończy się najlepsze. Zupełnie, jakby pierwsze trzy minuty filmu wyreżyserował sam Guillermo del Toro, a za resztę wziął się faktyczny reżyser. Nie jest to jednak równoznaczne z tym, że od razu robi się tragicznie. Gdzieś do połowy ciągle mamy do czynienia z przyzwoitym kinem na niezłym poziomie, jednak konsekwentnie z minuty na minutę robi się coraz gorzej. Cała urzekająca aura subtelności idzie się zresztą pieprzyć już przy pierwszym pojawieniu się tytułowej Mamy. Od tego momentu wiadomo, że stworzono kolejne straszydło, któremu zawsze będzie towarzyszyć napierdalanie głową na oślep po klawiszach fortepianu i szorowanie smyczkiem po strunach przez kogoś na poły upośledzonego ruchowo. WOW! Mój ulubiony, oryginalny sposób straszenia!
Drugą z bolączek "Mamy" jest prawdziwe zatrzęsienie ogranych motywów. Jakby naprawdę świat lęków i strachu kończył się na dziwnych, niepokojących dziewczynkach widzących stworzenia, których nikt inny nie widzi. Dodając do tego niemal "klasyczny" powykręcany w stawach i na mordach design tych stworzeń, psychodeliczne rysuneczki na ścianach, opuszczone leśne domki, gasnące w kluczowych momentach latarki itp., dostajemy wszystko to, co w kinie grozy śmierdzi zbukiem.
Jedynie Jessica Chastain jakoś ciągnie ten film. W stylówie Lisbeth Salander tylko, że z cyckami i bassem w dłoni być może prezentuje się nieco mniej atrakcyjnie niż zwykle, ale w zmian za to, jako jedyna dostała jakąś historię do zagrania. Niestety nawet Jessica nie jest w stanie uratować końcowych 30 minut, kiedy głos w sprawie zabiera tytułowa mamuśka. Ta postać kradnie dosłownie każdą scenę! Niestety naprzemiennie wywołuje przy tym rozbawienie i zażenowanie. I choć jest to dość popularna mieszanka uczuć towarzysząca oglądaniu współczesnych horrorów, to nie wróży to niczego dobrego.
I jeszcze ma powstać sequel. Dziękuję, ja postoję. Kończę z horrorami w kinie. Szkoda kasy.
3/10
Zaczęło się naprawdę pięknie. Klimatyczne, ładne zdjęcia i godna podziwu subtelność w przekazywaniu treści. Przed domem stoi niedbale zaparkowany samochód, kierowca nie zdążył zamknąć drzwi i wyłączyć radia. Z głośnika nadają wiadomość o zaginionym pracowniku przedsiębiorstwa, które dosięgła macka giełdowego krachu. W biurze, w którym pracował strzelano do dwóch osób, jedna z nich nie żyje. BANG! Jeszcze jeden strzał nakłada się z cięciem. Teraz znajdujemy się wewnątrz domu, widzimy nasłuchującą, nieco przestraszoną trzyletnią dziewczynkę. Z kadrów bije chłód, a cisza po strzale zdaje się być przeszywająca. W końcu słychać głośne kroki i do pokoju wpada ojciec trzylatki. W pośpiechu wyjmuje z łóżeczka drugą z córek i cała trójka pakuje się do wspominanego wcześniej auta. Prują szybko opustoszałą górską szosą o oblodzonej nawierzchni. Zbyt szybko, by utrzymać się na drodze. Samochód wpada w poślizg i wylatuje z impetem z jezdni, znikając za zboczem skarpy.
I w tym momencie kończy się najlepsze. Zupełnie, jakby pierwsze trzy minuty filmu wyreżyserował sam Guillermo del Toro, a za resztę wziął się faktyczny reżyser. Nie jest to jednak równoznaczne z tym, że od razu robi się tragicznie. Gdzieś do połowy ciągle mamy do czynienia z przyzwoitym kinem na niezłym poziomie, jednak konsekwentnie z minuty na minutę robi się coraz gorzej. Cała urzekająca aura subtelności idzie się zresztą pieprzyć już przy pierwszym pojawieniu się tytułowej Mamy. Od tego momentu wiadomo, że stworzono kolejne straszydło, któremu zawsze będzie towarzyszyć napierdalanie głową na oślep po klawiszach fortepianu i szorowanie smyczkiem po strunach przez kogoś na poły upośledzonego ruchowo. WOW! Mój ulubiony, oryginalny sposób straszenia!
Drugą z bolączek "Mamy" jest prawdziwe zatrzęsienie ogranych motywów. Jakby naprawdę świat lęków i strachu kończył się na dziwnych, niepokojących dziewczynkach widzących stworzenia, których nikt inny nie widzi. Dodając do tego niemal "klasyczny" powykręcany w stawach i na mordach design tych stworzeń, psychodeliczne rysuneczki na ścianach, opuszczone leśne domki, gasnące w kluczowych momentach latarki itp., dostajemy wszystko to, co w kinie grozy śmierdzi zbukiem.
Jedynie Jessica Chastain jakoś ciągnie ten film. W stylówie Lisbeth Salander tylko, że z cyckami i bassem w dłoni być może prezentuje się nieco mniej atrakcyjnie niż zwykle, ale w zmian za to, jako jedyna dostała jakąś historię do zagrania. Niestety nawet Jessica nie jest w stanie uratować końcowych 30 minut, kiedy głos w sprawie zabiera tytułowa mamuśka. Ta postać kradnie dosłownie każdą scenę! Niestety naprzemiennie wywołuje przy tym rozbawienie i zażenowanie. I choć jest to dość popularna mieszanka uczuć towarzysząca oglądaniu współczesnych horrorów, to nie wróży to niczego dobrego.
I jeszcze ma powstać sequel. Dziękuję, ja postoję. Kończę z horrorami w kinie. Szkoda kasy.
3/10
"Byłem królem traktorzystów przy wyrębie lasu na cały Oregon i sąsiednie stany, a królem szulerów od powrotu z Korei i nawet królem opielaczy groszku na farmie w Pendleton - więc pomyślałem sobie, że skoro już mam być wariatem, to też muszę być pierwszym i najlepszym." Randle McMurphy
05-03-2013, 23:17






