![[Obrazek: the_good__the_bad_and_the_ugly_1.jpg]](http://www.fact.co.uk/media/1167367/the_good__the_bad_and_the_ugly_1.jpg)
Arcydzieło totalne, arcydzieło kompletne, arcydzieło po prostu. W przypadku tego filmu nie widzę powodu aby się wahać nazywając go arcydziełem. Pewnie mocno się narażę na forum ale muszę to napisać. Obcy 3 nie jest najlepszym trzecim filmem serii, a Gorączka Manna nie ma do arcydzieła Leone nawet startu (chyba nic nie ma)! Sergio wziął to co najlepsze ze swoich dwóch poprzednich filmów i pomnożył to razy tysiąc, osiągając efekt idealny, który w moich oczach nigdy się nie zestarzeje. Dzisiaj przeżyłem tę epicką przygodę już chyba po raz piąty, i pierwszy raz na zakupionej w zeszłym tygodniu płycie blu-ray.
Finał Dolarowej Trylogii Leone jest dużo bardziej spektakularny od dwóch poprzednich części (tysiące statystów, ponad ośmiomiesięczna historia zapisana na trzech godzinach taśmy filmowej) i zawiera wszystkie najlepsze elementy poprzedników: wyraziste postacie (jak zwykle zajebisty Clint Eastwood jako Blondie, świetny Lee Van Cleef tym razem jak "zły" Angel Eyes, i przede wszystkim Eli Wallach jako "brzydki", komiczny, i zwariowany Tuco Ramirez), świetne krajobrazy, akcje, humor, napięcie, unikalny dla Leone klimat Dzikiego Zachodu, i coś nie do opisania - muzyka. Ennio Morricone to mistrz i zdecydowanie mój ulubiony kompozytor (głównie z powodu tego filmu), a jego soundtrack do Dobrego, złego i brzydkiego jest najlepszą muzyką filmową jaką słyszałem. "Main theme", "Ecstasy of Gold", "The Trio" i wiele więcej utworów mogę słuchać codziennie. Sama muzyka do arcydzieła Leone to odrębne arcydzieło nie mające sobie równych i wyprzedzające swoje czasy.
Dodatkowa moc arcydzieła Sergio Leone tkwi w przeniesieniu akcji na kilkanaście lat przed akcją poprzednich filmów. Główny bohater grany przez Clinta Eastwooda nie jest dokładnie taki jak w poprzednich częściach. Nie ma wszystkiego pod kontrolą, a od około godziny trwania filmu do 25 minut przed końcem jest uzależniony od swoich kompanów (a to jest ranny, a to w niewoli). To i ubiór "dobrego" zmienia się właśnie na ostatnie 25 minut, i jest to chyba najlepsze 25 minut jakie kiedykolwiek oglądałem. Mistrzowski finał, z miażdżącą konfrontacją trzech głównych bohaterów na cmentarzu to wisienka na torcie! Ciężko jest mi wystawić ocenę, bo ze względu na geniusz Dobrego, złego i brzydkiego aż wypadałoby obniżyć wszystkie inne moje dziesiątki na dziewiątki. Tego jednak nie zrobię ale po raz kolejny powtórzę, że obok Terminatorów Camerona i Bravehearta jest to mój ulubiony film. Wspominałem już, że to arcydzieło? 10/10
PS: Jeśli ktoś już rozważa przyszłe planowanie plebiscytu na najlepszy film lat 60-tych, chyba nie muszę mówić kto jest jedynym słusznym zwycięzcą?
09-03-2013, 20:53 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11-12-2013, 09:31 przez Juby.)





