BioShock Infinite to z jednej strony monumentalne dzieło sztuki i bodaj najbardziej mistrzowski FPS od czasów HL2. Z drugiej, arcydziełem bym tego jednak nie nazwał, opowiadając się raczej za równie niewiele mówiącym określeniem "świetny".
Na plus, kunsztownie wykonana warstwa artystyczna, wielowarstwowa fabuła podejmująca mnogość tematów i nie traktująca gracza jak idiotę, wiarygodny design świata, wyborne audiowizualia - zwłaszcza, dla odmiany, to pierwsze: genialne udźwiękowienie. Najważniejsza jest jednak Elizabeth - dziecię geniuszu i póki co najlepiej zaprojektowany NPC w historii. Nic rewolucyjnego, zwyczajnie jest w niejednorodności swoich reakcji i zachowań niezwykle przekonująca, a poza tym pomocna w walce, zwyczajnie cieszy też fakt, że nie pcha się w epicentrum rozwałki, bezsensownie plącząc pod nogami (pomijając to, że jest urocza i świetnie napisana, porządny character development). Swoją drogą, niezła analogia do Alyx, która w 2004 roku też była swoistą perełką.
Na minus? Pomijając takie przyziemne kwestie jak skopana optymalizacja i niedoskonałości natury technicznej, zabrakło mi moralnych wyborów, które w jakikolwiek sposób wpływają na na nasz los. Owszem, parokrotnie dostajemy możliwość wybrania, ale chyba dosłownie tylko w jednym przypadku wpływamy na położenie drugoplanowej postaci. I tyle. Długością też nie grzeszy, w pierwszym BioShocku można było z powodzeniem pobrykać ponad 15h (wg howlongtobeat.com tzw completionist zajmuje średnio 18), tutaj wyciągnąłem nieco naciągnięte 12. W sumie żadnej "replayability value", ale przejdę jeszcze przynajmniej raz na wyższym poziomie trudności i wymaksuję achievementy. A tak, zostaje oczekiwanie na DLC. Boli też nieco nie do końca wykorzystany potencjał, z powodzeniem można było wzbogacić grę o kolejne wątki tematyczne, a i system walki prosi się o więcej podniebnych szyn, otwartych lokacji.
Nie byłem zbytnim wielbicielem poprzednich części, a solidną jedynkę uważam wręcz za najbardziej przecenianą grę w historii, ale to jest progres pod każdym względem (tak, wiem, że za dwójkę odpowiedzialny jest inny team). Setting, design poziomów, wyraziste główne postacie, brak durnych mini-gierek, mocarne i wrzynające się w głowę zakończenie. Nawet moce i walka bardziej podobały mi się tutaj, choć przecież są tak zbliżone do siebie.
Konkludując, wielka, piękna, poruszająca gra, która z równym powodzeniem przebojem zdobyć może serca neofitów, jak i zadowolić powinna starych wyjadaczy.
9/10
Na plus, kunsztownie wykonana warstwa artystyczna, wielowarstwowa fabuła podejmująca mnogość tematów i nie traktująca gracza jak idiotę, wiarygodny design świata, wyborne audiowizualia - zwłaszcza, dla odmiany, to pierwsze: genialne udźwiękowienie. Najważniejsza jest jednak Elizabeth - dziecię geniuszu i póki co najlepiej zaprojektowany NPC w historii. Nic rewolucyjnego, zwyczajnie jest w niejednorodności swoich reakcji i zachowań niezwykle przekonująca, a poza tym pomocna w walce, zwyczajnie cieszy też fakt, że nie pcha się w epicentrum rozwałki, bezsensownie plącząc pod nogami (pomijając to, że jest urocza i świetnie napisana, porządny character development). Swoją drogą, niezła analogia do Alyx, która w 2004 roku też była swoistą perełką.
Na minus? Pomijając takie przyziemne kwestie jak skopana optymalizacja i niedoskonałości natury technicznej, zabrakło mi moralnych wyborów, które w jakikolwiek sposób wpływają na na nasz los. Owszem, parokrotnie dostajemy możliwość wybrania, ale chyba dosłownie tylko w jednym przypadku wpływamy na położenie drugoplanowej postaci. I tyle. Długością też nie grzeszy, w pierwszym BioShocku można było z powodzeniem pobrykać ponad 15h (wg howlongtobeat.com tzw completionist zajmuje średnio 18), tutaj wyciągnąłem nieco naciągnięte 12. W sumie żadnej "replayability value", ale przejdę jeszcze przynajmniej raz na wyższym poziomie trudności i wymaksuję achievementy. A tak, zostaje oczekiwanie na DLC. Boli też nieco nie do końca wykorzystany potencjał, z powodzeniem można było wzbogacić grę o kolejne wątki tematyczne, a i system walki prosi się o więcej podniebnych szyn, otwartych lokacji.
Nie byłem zbytnim wielbicielem poprzednich części, a solidną jedynkę uważam wręcz za najbardziej przecenianą grę w historii, ale to jest progres pod każdym względem (tak, wiem, że za dwójkę odpowiedzialny jest inny team). Setting, design poziomów, wyraziste główne postacie, brak durnych mini-gierek, mocarne i wrzynające się w głowę zakończenie. Nawet moce i walka bardziej podobały mi się tutaj, choć przecież są tak zbliżone do siebie.
Konkludując, wielka, piękna, poruszająca gra, która z równym powodzeniem przebojem zdobyć może serca neofitów, jak i zadowolić powinna starych wyjadaczy.
9/10
31-03-2013, 22:37 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 31-03-2013, 22:40 przez Galadh.)





