Głupawy, mocno nierówny film, ale generalnie oglądało mi się go lepiej od FF6, choć na dobrą sprawę nie do końca wiem, jak ST2 (W ciemność? serio? jaką ciemność?) ugryźć.
Z jednej strony cholernie podobał mi się bowiem humor, chemia między postaciami i to, jak się rozwijają względem poprzedniego filmu plus jest też parę fajnych sekwencji, które ogląda się z przyjemnością, a akcja generalnie nie pozwala na nudę. Podobała mi się też motywacja Khana, wbrew temu co niektórzy zdają się sugerować, daleka od planu w planie, gość po prostu dostosowywał się do sytuacji i patrzył, jak ta się rozwija.
Ale z drugiej strony film jest przedobrzony głupimi, zbędnymi w sumie scenami (cały prolog jest o kant dupy potłuc i wygląda jak część Epizodu III, czyli mega tandetna, kolorowa planetka, która oczywiście zostaje spuentowana idiotycznym żartem, motyw z chorobą dziecka i telefon do Spocka, które jedynie wydłużają metraż), przedramatyzowany (poświęcenie Kirka? srsly? kto w to w ogóle uwierzył choć przez chwilę, że gość zginie), ciut za długi (niby tylko 2 godziny, ale końcówka po prostu nie mogła się skończyć) i przede wszystkim przewidywalny co do milimetra. Nie podobał mi się też sam Khan - niby dobrze zagrany, ale jednak to jak artykułuje słowa, jego teatralna maniera i wszelkie nawiązania do poprzednich Treków (Khaaaaaan!) po prostu śmierdzą tandetą. Poza tym film cierpi też na sporo głupich detali, które mnie osobiście raziły - począwszy od typowego dla PG-13 okładania się po mordach bez żadnych fizycznych reperkusji (choć akurat z rozgniecenia czaszki wybrnęli pozytywnie - wydźwięk pozostał mocny bez epatowania przemocą), poprzez atak na to całe zebranie dowódzców, gdzie z sali nie powinno nic zostać, a bohaterowie sobie radośnie biegają w te i we wte, a na takich drobnostkach, jak wygląd Klingonów i ten cholerny, zabytkowy budzik w jednej ze scen (niby Brytyjczycy, ale c'mon! z jednej strony Abrams wydaje kasę na jakieś dupne stworzenia, które ni stąd ni zowąd pojawiają się w pojedyńczych scenach, a z drugiej każe mi wierzyć, że za kilka stuleci gościa budzi zegarek będący już dzisiaj reliktem przeszłości? zresztą w ogóle nie podoba mi się ten miks zawarty w scenografii/kostiumach, bo mam wrażenie, że oprócz wyglądu ogólnego Enterprise, twórcy nie przykładają specjalnej wagi do reszty świata przedstawionego i po prostu wrzucają doń, co popadnie).
Generalnie jednak myślę, że poziom jedynki został jako tako utrzymany, zwłaszcza, że całość opiera się głównie na relacjach między bohaterami, a te są jak najbardziej w porządku. Mam jednak nadzieję, że był to ostatni Trek od tria Orci-Kurtzman-Lindelof, bo potencjał jest tu znacznie większy, niż serwuje ta zgraja tandeciarzy.
słabe 7 / 10
Z jednej strony cholernie podobał mi się bowiem humor, chemia między postaciami i to, jak się rozwijają względem poprzedniego filmu plus jest też parę fajnych sekwencji, które ogląda się z przyjemnością, a akcja generalnie nie pozwala na nudę. Podobała mi się też motywacja Khana, wbrew temu co niektórzy zdają się sugerować, daleka od planu w planie, gość po prostu dostosowywał się do sytuacji i patrzył, jak ta się rozwija.
Ale z drugiej strony film jest przedobrzony głupimi, zbędnymi w sumie scenami (cały prolog jest o kant dupy potłuc i wygląda jak część Epizodu III, czyli mega tandetna, kolorowa planetka, która oczywiście zostaje spuentowana idiotycznym żartem, motyw z chorobą dziecka i telefon do Spocka, które jedynie wydłużają metraż), przedramatyzowany (poświęcenie Kirka? srsly? kto w to w ogóle uwierzył choć przez chwilę, że gość zginie), ciut za długi (niby tylko 2 godziny, ale końcówka po prostu nie mogła się skończyć) i przede wszystkim przewidywalny co do milimetra. Nie podobał mi się też sam Khan - niby dobrze zagrany, ale jednak to jak artykułuje słowa, jego teatralna maniera i wszelkie nawiązania do poprzednich Treków (Khaaaaaan!) po prostu śmierdzą tandetą. Poza tym film cierpi też na sporo głupich detali, które mnie osobiście raziły - począwszy od typowego dla PG-13 okładania się po mordach bez żadnych fizycznych reperkusji (choć akurat z rozgniecenia czaszki wybrnęli pozytywnie - wydźwięk pozostał mocny bez epatowania przemocą), poprzez atak na to całe zebranie dowódzców, gdzie z sali nie powinno nic zostać, a bohaterowie sobie radośnie biegają w te i we wte, a na takich drobnostkach, jak wygląd Klingonów i ten cholerny, zabytkowy budzik w jednej ze scen (niby Brytyjczycy, ale c'mon! z jednej strony Abrams wydaje kasę na jakieś dupne stworzenia, które ni stąd ni zowąd pojawiają się w pojedyńczych scenach, a z drugiej każe mi wierzyć, że za kilka stuleci gościa budzi zegarek będący już dzisiaj reliktem przeszłości? zresztą w ogóle nie podoba mi się ten miks zawarty w scenografii/kostiumach, bo mam wrażenie, że oprócz wyglądu ogólnego Enterprise, twórcy nie przykładają specjalnej wagi do reszty świata przedstawionego i po prostu wrzucają doń, co popadnie).
Generalnie jednak myślę, że poziom jedynki został jako tako utrzymany, zwłaszcza, że całość opiera się głównie na relacjach między bohaterami, a te są jak najbardziej w porządku. Mam jednak nadzieję, że był to ostatni Trek od tria Orci-Kurtzman-Lindelof, bo potencjał jest tu znacznie większy, niż serwuje ta zgraja tandeciarzy.
słabe 7 / 10
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings
06-06-2013, 14:40





