Nie widziałem jeszcze całego MOS więc może to co teraz napiszę będzie można o kant tyłka potłuc. Ale czytam tę dyskusję o uzasadnieniu motywacji Supsa i jak dla mnie wygląda to nieco na "lawyerowanie" scenariusza.
Crov czyta się to trochę jakbyś traktował Clarka jako kompletnego cielaka niezdolnego do podejmowania własnych decyzji, jeżeli nie poda mu się na tacy takiego czy siakiego powodu. To, że kopali go w dziecięctwie miało nakreślić problemy z jakimi za młodu borykał się z powodu swojego pochodzenia i mocy. Nie oznacza to, że całe jego życie to była jakaś tortura, a facet widział jedynie najgorsze cechy ludzkości. Bo normalnie piszecie o nim jak o żydzie, który po ucieczce z Auschwitz, nawracał i ratował hitlerowców. Pisanie, że gdyby Superman nie miał sielankowego dzieciństwa to automatycznie byłby villainem - to dość protekcjonalne traktowanie tej postaci.
Już sam fakt, że papa Kent musiał tłumić instynkt Clarka do pomagania ludziom, świadczy o pewnym naturalnym altruizmie młodego, który wychodzi od postaci. Można nawet argumentować, że fakt iż Clark decyduje się pomagać ludziom pomimo ich słabości, dodatkowo podbudowuje sylwetkę tej postaci, jako naturalnego samarytanina, a nie kogoś kto się obraża na cały świat, bo nie chcieli z nim grać w piłkę gdy był mały. I to jest jedna z rzeczy, którymi film odróżnia Kenta od Wayne'a. Ten pierwszy nie został tak bardzo straumatyzowany przez swoje dzieciństwo jak ten drugi i nie pozwolił by wydarzenia z przeszłości wykrzywiały całe jego dorosłe życie. I tak powinno być, oba podejścia pasują do tych postaci. Gamart pisał o tym, że jedną z różnic miedzy Batmanem a Supermanem w komiksach było to, że ten drugi wychowywany był wśród przyjaciół i kochających i miał ogólnie sielankę w porównaniu do Wayne'a. Wierzę - bo komiksów nie czytałem. Ale zaryzykuję stwierdzenie, że akurat w tym ważniejsze było to, że miał kochających starych. A to mimo wszystko film chyba jednak przekazuje.
Koisz dobrze pisał:
Tyle, że te zakazy brały się z naturalnej obawy Papy Kenta o swojego surrogate syna. W momencie inwazji mamy już zupełnie inne stawki, zupełnie inną sytuację. Clark (a w szczególności jego ojciec) większość życia bał się, że ludzie go odrzucą lub będą próbowali go zabić. Gdy Zod zaatakował planetę nie było już miejsca na zamartwianie się o to, czy będzie popularny wśród rówieśników lub nie. Zresztą zakazy Papy Kenta dotyczyły samych ludzi - w sensie pozostawienia ich własnemu losowi, nie wybijanie się, nie ingerowanie w naturalną kolej rzeczy . Tyle, że inwazję Zoda można już uznać za coś zupełnie innego, agresywny czynnik zewnętrzny, na który wpływ ludzkość nie miała żadnego wpływu.
Poza tym cała gadka Jor Ela pokazała Clarkowi kim może się stać dla ludzkości. Całość sprowadza się do tego, że facet po prostu PODJĄŁ DECYZJĘ, wynikającą z własnego stosunku do ludzkości i "własnej dobroduszność". Pisanie, że jego decyzja jest "nielogiczna" tylko dlatego, że według kogoś nie miał on ku temu wystarczających powodów, jest straszliwie protekcjonalne wobec postaci, jest to traktowanie jej jak robota.
A żebyś wiedział :) Chęć ratowania rasy przed niewolą lub zniszczeniem z rąk obcej cywilizacji robotów to dość mocna motywacja jeżeli piszemy największymi ogólnikami ;)
Zgadzam sie z tym, że motyw bohatera o mocach Boga, który szuka powodów by chronić rasę mrówek jest jednym z potencjalnie ciekawszych motywów supermana. Filmu nie widziałem, więc może rzeczywiście potraktowali to po macoszemu, nie wiem. Ale wiem, że nie widzę nic złego w tym co twórcy chcieli osiągnąć samą ideą fragmentów o "emo dzieciństwie" i nie mam z tym problemu.
Crov czyta się to trochę jakbyś traktował Clarka jako kompletnego cielaka niezdolnego do podejmowania własnych decyzji, jeżeli nie poda mu się na tacy takiego czy siakiego powodu. To, że kopali go w dziecięctwie miało nakreślić problemy z jakimi za młodu borykał się z powodu swojego pochodzenia i mocy. Nie oznacza to, że całe jego życie to była jakaś tortura, a facet widział jedynie najgorsze cechy ludzkości. Bo normalnie piszecie o nim jak o żydzie, który po ucieczce z Auschwitz, nawracał i ratował hitlerowców. Pisanie, że gdyby Superman nie miał sielankowego dzieciństwa to automatycznie byłby villainem - to dość protekcjonalne traktowanie tej postaci.
Już sam fakt, że papa Kent musiał tłumić instynkt Clarka do pomagania ludziom, świadczy o pewnym naturalnym altruizmie młodego, który wychodzi od postaci. Można nawet argumentować, że fakt iż Clark decyduje się pomagać ludziom pomimo ich słabości, dodatkowo podbudowuje sylwetkę tej postaci, jako naturalnego samarytanina, a nie kogoś kto się obraża na cały świat, bo nie chcieli z nim grać w piłkę gdy był mały. I to jest jedna z rzeczy, którymi film odróżnia Kenta od Wayne'a. Ten pierwszy nie został tak bardzo straumatyzowany przez swoje dzieciństwo jak ten drugi i nie pozwolił by wydarzenia z przeszłości wykrzywiały całe jego dorosłe życie. I tak powinno być, oba podejścia pasują do tych postaci. Gamart pisał o tym, że jedną z różnic miedzy Batmanem a Supermanem w komiksach było to, że ten drugi wychowywany był wśród przyjaciół i kochających i miał ogólnie sielankę w porównaniu do Wayne'a. Wierzę - bo komiksów nie czytałem. Ale zaryzykuję stwierdzenie, że akurat w tym ważniejsze było to, że miał kochających starych. A to mimo wszystko film chyba jednak przekazuje.
Koisz dobrze pisał:
(24-06-2013, 07:39)EL-Kal napisał(a): Ciekawiło mnie, jak szybko pojawią się zarzuty o głupotę papy Kenta. I jasne, on zachował się głupio, ale w obrębie świata, nie błędów konstrukcji. Kent zachował się glupo, być może wbił synowi kompleksy, nic diwnego, widać w szopie, że ten człowiek czegoś się boi (zdjęcia z gazety, doniesienia o kosmitach na ścianie). Rozmowa z Jor-elem przestała już Clarka spinać... Pod względem ojców i ich motywacji to kapitalny film.
(24-06-2013, 16:58)Crov napisał(a): To nie jest logiczne: całe życie wpaja mu się, że nie powinien ratować innych, a potem ja mam uwierzyć, że on się rzuca na ratunek Ziemianom.
Tyle, że te zakazy brały się z naturalnej obawy Papy Kenta o swojego surrogate syna. W momencie inwazji mamy już zupełnie inne stawki, zupełnie inną sytuację. Clark (a w szczególności jego ojciec) większość życia bał się, że ludzie go odrzucą lub będą próbowali go zabić. Gdy Zod zaatakował planetę nie było już miejsca na zamartwianie się o to, czy będzie popularny wśród rówieśników lub nie. Zresztą zakazy Papy Kenta dotyczyły samych ludzi - w sensie pozostawienia ich własnemu losowi, nie wybijanie się, nie ingerowanie w naturalną kolej rzeczy . Tyle, że inwazję Zoda można już uznać za coś zupełnie innego, agresywny czynnik zewnętrzny, na który wpływ ludzkość nie miała żadnego wpływu.
Poza tym cała gadka Jor Ela pokazała Clarkowi kim może się stać dla ludzkości. Całość sprowadza się do tego, że facet po prostu PODJĄŁ DECYZJĘ, wynikającą z własnego stosunku do ludzkości i "własnej dobroduszność". Pisanie, że jego decyzja jest "nielogiczna" tylko dlatego, że według kogoś nie miał on ku temu wystarczających powodów, jest straszliwie protekcjonalne wobec postaci, jest to traktowanie jej jak robota.
Cytat:Jezeli sam rozpierdol planety jest taką świetną motywacją to po kurcze pieczone pisać scenariusze, w których bohaterowie są umotywowani? Transformers to w takim razie film z zajebistą motywacją bohaterów.
A żebyś wiedział :) Chęć ratowania rasy przed niewolą lub zniszczeniem z rąk obcej cywilizacji robotów to dość mocna motywacja jeżeli piszemy największymi ogólnikami ;)
Zgadzam sie z tym, że motyw bohatera o mocach Boga, który szuka powodów by chronić rasę mrówek jest jednym z potencjalnie ciekawszych motywów supermana. Filmu nie widziałem, więc może rzeczywiście potraktowali to po macoszemu, nie wiem. Ale wiem, że nie widzę nic złego w tym co twórcy chcieli osiągnąć samą ideą fragmentów o "emo dzieciństwie" i nie mam z tym problemu.
Fuck the cavalry and the committee that recieves 'em.
24-06-2013, 17:29 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24-06-2013, 17:37 przez Proteus.)





