Rozumiem, że każdy ma prawo do własnego zdania, jednak gdy czytam takie opinie jak ta wyżej nasuwa mi się pewna sugestia, tudzież rada dla ich autorów. Mianowicie polecam spróbować spojrzeć na ten film jak na operę. Operę od Disneya, synergię dźwięku i obrazu. Osobiście od początku pierwszego seansu miałem poczucie, że mnie-więcej takie było założenie reżysera. Co prawda film nie robi takiego wrażenia na małym ekranie jak w IMAX, ale wbrew moim obawom ogląda się świetnie nawet za czwartym razem, na tej samej zasadzie jak można z przyjemnością oglądać np. Carmen i dziesiąty raz, mimo że fabuła niczym przecież nie zaskakuje i nie zachwyca. Argumenty, z którymi często się spotykam, w stylu "za dużo efektów" itp. to dla mnie tak, jak powiedzieć, że w Jeziorze Łabędzim za dużo tańczą. Poza tym, des, doprawdy - wydmuszkę? W przeciwieństwie do czegoś głębokiego czy wielowarstwowego? Kosinski przecież na Lyncha nie pozuje. Poważniejszych dziur fabularnych czy błędów stricte logicznych szczerze mówiąc też nie zauważyłem. Nie twierdzę, że ich nie ma (ale jak są to chętnie przeczytam jakie konkretnie), ale skoro po czterokrotnym obejrzeniu nie potrafię takich jednoznacznie wskazać, to znaczy, że zostały one z powodzeniem przyćmione stroną wizualną. W sumie tego bym właśnie oczekiwał bo filmie tego typu. Ode mnie 9/10 niezmiennie od pierwszego seansu, a soundtrack to majstersztyk jaki zdarza się raz na dekadę.
24-07-2013, 23:53





