![[Obrazek: frankensteins_army_xlg.jpg]](http://www.brutalashell.com/wp-content/uploads/2013/06/frankensteins_army_xlg.jpg)
FRANKENSTEINS ARMY. Druga wojna światowa, oddział radzieckich zwiadowców sprawdza teren przez który ma przejść Armia Czerwona. Pośród wojaków znajduje się jeden gość z kamerą, który ma za zadanie uwiecznić chwalebny marsz czerwonoarmistów oraz pracę zwiadowców - wszystko wygląda dobrze, ale kiedy trafiają do małego miasteczka z kopalnią, szlag trafia całe zadanie. Naziści okazują się nie być do końca martwi i w dodatku nie wyglądają na ludzi, ale swastyki mają.
I już. Prosty film, który zaczyna się rewelacyjnie - bieganie z kamerą po lasach, błotach, polach, starcia z niemieckimi wojakami, zdobywanie przyczółka, planowanie dalszych działań, i tak dalej i tak dalej wygląda bardzo fajnie i klimatycznie. Wiele filmów w stylu found footage się przewinęło przez ekrany, ale ten się wyróżnia choćby tym, że jest osadzony w latach czterdziestych i czerpie z tego dość dużo.
W pewnym momencie widzimy nawet jakiś stary szkielet zawinięty w drut kolczasty, leżący w błocie i ziemi, nie przypominający zbytnio człowieka, no cudo po prostu. A potem oddział trafia do miasteczka, do kościoła, do kopalni i dobra zabawa się kończy.
Jest brutalnie, jest klimatycznie, Wolfenstein się kojarzy i niestety jest nudno. Ciężko się połapać, kto jest kim, postacie nie są ciekawe i do samego końca nie obchodził mnie ich los. Wiem tylko, że jeden z nich to Polak z Krakowa, a drugi to absolwent radzieckiej filmówki. Reszta? Papier, karton, pustka, nuda, bezsens. Można było z tego naprawdę dużo wyciągnąć, ale postawiono na bieganie po ciemnych korytarzach i walkę ze stworami rodem z koszmarnych snów.
Obejrzeć można, ale nie warto mieć jakichkolwiek oczekiwań.
6/10
07-08-2013, 13:51





