Też ostatnio co nieco obejrzałem.
Double Indemnity (Podwójne ubezpieczenie, 1944) – Nie mam kłopotu ze starym, czarno-białym kinem, o ile nie wieje z niego nudą. Na szczęście ten przypadek jest bardzo łatwy do przyswojenia, bo to zgrabnie skonstruowany kryminał o dość prostej, ale całkiem wciągającej intrydze, choć jakichś szokujących twistów fabularnych raczej nie ma. Do tego dobre tempo i brak dłużyzn, akcja toczy się wartko, a dość często trafiają się całkiem błyskotliwe dialogi – czy też raczej monologi, w których celuje zwłaszcza Edward G. Robinson, najlepsza i najzabawniejsza postać w tym filmie. Główna para, Fred MacMurray i Barbara Stanwyck zdecydowanie pozostają w jego cieniu. Przyzwoita rzecz, choć nie uznałbym jej za jakoś szczególnie wybitną pozycję w historii kina (film był nominowany do 7 Oscarów).
Présumé coupable (Winny, 2011) – Co to za licho? W Ale Kino trafiłem na taki belgijsko-francuski dramat bez znanych nazwisk, o tym, jak aparat policyjno-sądowniczy usiłuje pewnego obywatela posadzić za pedofilię (była w Belgii taka afera). Film bez fajerwerków, ale sprawnie nakręcony i trzymający w napięciu, ukazujący krok po kroku, jak państwo potrafi niszczyć człowieka – wymuszanie zeznań, stronniczy, głuchy i ślepy prokurator, nietrzymające się kupy oskarżenie itp. W tym wszystkim obywatel, którego nikt nie chce słuchać, kursujący od więzienia do psychiatryka i z powrotem, głodówka, próby samobójcze itd. Niezła główna rola, a Philippe Torreton (nom. do Cezara) chyba nawet robi to, co Bale w "Mechaniku", czyli w pewnym momencie chudnie jak szczapa. O ile to nie komputer go odchudził – szacun.
Double Indemnity (Podwójne ubezpieczenie, 1944) – Nie mam kłopotu ze starym, czarno-białym kinem, o ile nie wieje z niego nudą. Na szczęście ten przypadek jest bardzo łatwy do przyswojenia, bo to zgrabnie skonstruowany kryminał o dość prostej, ale całkiem wciągającej intrydze, choć jakichś szokujących twistów fabularnych raczej nie ma. Do tego dobre tempo i brak dłużyzn, akcja toczy się wartko, a dość często trafiają się całkiem błyskotliwe dialogi – czy też raczej monologi, w których celuje zwłaszcza Edward G. Robinson, najlepsza i najzabawniejsza postać w tym filmie. Główna para, Fred MacMurray i Barbara Stanwyck zdecydowanie pozostają w jego cieniu. Przyzwoita rzecz, choć nie uznałbym jej za jakoś szczególnie wybitną pozycję w historii kina (film był nominowany do 7 Oscarów).
Présumé coupable (Winny, 2011) – Co to za licho? W Ale Kino trafiłem na taki belgijsko-francuski dramat bez znanych nazwisk, o tym, jak aparat policyjno-sądowniczy usiłuje pewnego obywatela posadzić za pedofilię (była w Belgii taka afera). Film bez fajerwerków, ale sprawnie nakręcony i trzymający w napięciu, ukazujący krok po kroku, jak państwo potrafi niszczyć człowieka – wymuszanie zeznań, stronniczy, głuchy i ślepy prokurator, nietrzymające się kupy oskarżenie itp. W tym wszystkim obywatel, którego nikt nie chce słuchać, kursujący od więzienia do psychiatryka i z powrotem, głodówka, próby samobójcze itd. Niezła główna rola, a Philippe Torreton (nom. do Cezara) chyba nawet robi to, co Bale w "Mechaniku", czyli w pewnym momencie chudnie jak szczapa. O ile to nie komputer go odchudził – szacun.
26-08-2013, 21:18





