IP MAN - ale niespodzianka. Spodziewałem się bijatyki kung fu w staroszkolnym stylu, a dostałem trochę ambitniejszy portret swoich czasów (lata 30., Chiny versus Japonia). Oczywiście naiwny, nazbyt sentymentalny, uproszczony i bazujący na niewiedzy, ale co tam - to się dobrze ogląda, aż się żonka zainteresowała i obgryzała paznokcie obserwując losy losy Yip Mana
Kung Fu jest jednak najważniejsze - tak dawno oglądałem coś w tym gatunku, że skojarzenia mimowolnie idą albo w stronę "Pijanego mistrza", albo w "Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka". "Ip Man" jest pod tym względem lepszy na każdym polu - nie jest pocieszną zgrywą jak chińskie klasyki, ale i nie idzie w latanie między drzewami. Widać cały kunszt tej sztuki walki, czuć szybkość - to nie może nie budzić szacunku, tym bardziej, że walki są pomysłowo i niesamowicie zrealizowane, bawiące się względnym realizmem.
Donnie Yen - to się nazywa charyzma. Nie musi kłapać jęzorem, cwaniakować. Wystarczy, że jest, że walczy. Od czasu Bruce'a Lee nie widziałem nikogo z podobną osobowością.
Masakra:
Kung Fu jest jednak najważniejsze - tak dawno oglądałem coś w tym gatunku, że skojarzenia mimowolnie idą albo w stronę "Pijanego mistrza", albo w "Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka". "Ip Man" jest pod tym względem lepszy na każdym polu - nie jest pocieszną zgrywą jak chińskie klasyki, ale i nie idzie w latanie między drzewami. Widać cały kunszt tej sztuki walki, czuć szybkość - to nie może nie budzić szacunku, tym bardziej, że walki są pomysłowo i niesamowicie zrealizowane, bawiące się względnym realizmem.
Donnie Yen - to się nazywa charyzma. Nie musi kłapać jęzorem, cwaniakować. Wystarczy, że jest, że walczy. Od czasu Bruce'a Lee nie widziałem nikogo z podobną osobowością.
Masakra:
12-09-2013, 23:46 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13-09-2013, 10:09 przez desjudi.)





