Podoba mi sie tez sposob, w jaki Fincher przedstawia specyfike calego sledztwa, ze wszystkimi jego kuriozami i paradoksami, stawiajac je jednoczesnie jak gdyby w opozycji do filmowych sledztw, z ktorymi stykamy sie w kinie zazwyczaj.
Wezmy na przyklad scene przesluchania Leigha. Poszlaki w krotkim czasie kumuluja sie nam do tego stopnia, ze widz zastanawia sie, kiedy zakuja w koncu zbira w kajdany. Nawet domniemany Zodiak sam sobie nie pomaga. Najpierw mowi: 'nie jestem morderca, a nawet gdybym byl, to bym wam tego nie powiedzial'. Pozniej ni z gruchy, ni z pietruchy wywala, ze noze w jego samochodzie byly ubrudzone krwia dlatego, bo zabijal kurczaki.
Policjanci wymieniaja miedzy soba spojrzenia z niedowierzaniem. Cholera, mamy go - zdaja sie myslec.
W przecietnym kryminale morderca zapewne w cwaniacki sposob zbieglby w tym momencie z sali przesluchan, po czym nastabilby efektowny poscig na dachach budynkow czy zatloczonych ulicach.
U Finchera przesluchanie przerywa dzwiek zwiastujacy koniec przerwy: Leigh wraca do pracy, a gliny na komisariat - sprobuja uzyskac nakaz.
Wysmienity obraz skrajnie poszlakowego charakteru sledztwa daje nam koncowka. Jak dla mnie szczyt wszystkiego. Policjant pokazuje zdjecie Leigha niedoszlej ofiarze Zodiaka. Ta wskazuje jego twarz, mowi, ze to moze byc on. Policjant pyta o stopien pewnosci w skali od 1 do 10. Ofiara odpowiada: co najmniej 8.
Jestesmy wiec w skali od jeden do dziesieciu co najmniej na osiem pewni, ze zbrodniarzem byl Leigh. Ale to nie koniec. Fincher w napisach koncowych serwuje nam informacje, ze pozniejsze badania DNA jednego z dowodow Leigha wykluczaja. Przy okazji otrzymujemy kolejna, dosc wyrazna, opozycje do wspolczesnego kryminalu. Zodiak nie konczy sie skierowaniem kuli w leb mordercy. Final generuje jeszcze wiekszy metlik i niepewnosc.
Wezmy na przyklad scene przesluchania Leigha. Poszlaki w krotkim czasie kumuluja sie nam do tego stopnia, ze widz zastanawia sie, kiedy zakuja w koncu zbira w kajdany. Nawet domniemany Zodiak sam sobie nie pomaga. Najpierw mowi: 'nie jestem morderca, a nawet gdybym byl, to bym wam tego nie powiedzial'. Pozniej ni z gruchy, ni z pietruchy wywala, ze noze w jego samochodzie byly ubrudzone krwia dlatego, bo zabijal kurczaki.
Policjanci wymieniaja miedzy soba spojrzenia z niedowierzaniem. Cholera, mamy go - zdaja sie myslec.
W przecietnym kryminale morderca zapewne w cwaniacki sposob zbieglby w tym momencie z sali przesluchan, po czym nastabilby efektowny poscig na dachach budynkow czy zatloczonych ulicach.
U Finchera przesluchanie przerywa dzwiek zwiastujacy koniec przerwy: Leigh wraca do pracy, a gliny na komisariat - sprobuja uzyskac nakaz.
Wysmienity obraz skrajnie poszlakowego charakteru sledztwa daje nam koncowka. Jak dla mnie szczyt wszystkiego. Policjant pokazuje zdjecie Leigha niedoszlej ofiarze Zodiaka. Ta wskazuje jego twarz, mowi, ze to moze byc on. Policjant pyta o stopien pewnosci w skali od 1 do 10. Ofiara odpowiada: co najmniej 8.
Jestesmy wiec w skali od jeden do dziesieciu co najmniej na osiem pewni, ze zbrodniarzem byl Leigh. Ale to nie koniec. Fincher w napisach koncowych serwuje nam informacje, ze pozniejsze badania DNA jednego z dowodow Leigha wykluczaja. Przy okazji otrzymujemy kolejna, dosc wyrazna, opozycje do wspolczesnego kryminalu. Zodiak nie konczy sie skierowaniem kuli w leb mordercy. Final generuje jeszcze wiekszy metlik i niepewnosc.
25-06-2007, 12:03





