Ip Man (2008) - do tego filmu podchodziłem jak pies do jeża. Z jednej strony zachęcały mnie przychylne opinie, z drugiej strony, nie lubię filmów o sztukach walki. Chociaż same kino azjatyckie uwielbiam za ambitne thrillery (Oldboy rulez!), to filmy, gdzie główną tematyką jest okładanie się po mordach, nigdy jakoś specjalnie mnie nie zachęcały.
Ip Man jest jednak bardziej złożonym filmem. Po części to film biograficzny o legendzie Chińskich sztuk walk, a z drugiej strony to kolejny film ze stajni azjatyckiej, gdzie sztuki walki odgrywają tutaj tak naprawdę główną role. Do tego całego pierdolnika wrzucono tło historyczne. Konkretnie moment wkroczenia wojsk Japońskich do Chin. I tak mamy opowieść o lojalności, sprawiedliwości i bohaterstwie. Zderzenie dwóch kultur w wyniku brutalnej wojny, wypada w filmie dość sugestywnie. Jednak wszystko jest tak naprawdę przystawką do dania głównego, jakim są epickie walki. Charakterystyczne ruchy, wymiana spojrzeń i znakomita choreografia walk, wnosi tytuł ponad wyżyny stratosfery. Jeśli dla ciebie, dźwięk łamanych kości ma większe walory poznawcze, niż filmy z Sashą Grey w roli głównej, to IP man jest pozycją obowiązkową. Ja do tego grona się nie zaliczam, ale przyznam, że walki w tym filmie są epickie. Szkoda tylko, że scenariusz trochę spłycono. Co prawda, sama historia ma podłoże autentyczne, ale co z tego, skoro brakuje jej większego charakteru i oryginalności? Obraz wyreżyserowany przez Wilsona Yipa , na tym poletku w niczym szczególnym Was nie zaskoczy. Istnieją jednak dwie strony medalu. To wciąż solidna porcja mięcha, która pobudzi kubki smakowe nie jednemu maniakowi filmów kung-fu. To także bezstresowa rozrywka, którą można oglądać nie wysilając przy tym szarych komórek. Pod płaszczykiem słabego scenariusza i zbyt mało oryginalnej formuły, kryje się wiernie odwzorowana, autentyczna historia jednego z najlepszych mistrzów wschodnich sztuk walk. Aktualnie, współcześnie nie znajdziecie lepszego filmu o tej tematyce. Niech to będzie dla was, najlepszą rekomendacją .
7/10
Ip Man jest jednak bardziej złożonym filmem. Po części to film biograficzny o legendzie Chińskich sztuk walk, a z drugiej strony to kolejny film ze stajni azjatyckiej, gdzie sztuki walki odgrywają tutaj tak naprawdę główną role. Do tego całego pierdolnika wrzucono tło historyczne. Konkretnie moment wkroczenia wojsk Japońskich do Chin. I tak mamy opowieść o lojalności, sprawiedliwości i bohaterstwie. Zderzenie dwóch kultur w wyniku brutalnej wojny, wypada w filmie dość sugestywnie. Jednak wszystko jest tak naprawdę przystawką do dania głównego, jakim są epickie walki. Charakterystyczne ruchy, wymiana spojrzeń i znakomita choreografia walk, wnosi tytuł ponad wyżyny stratosfery. Jeśli dla ciebie, dźwięk łamanych kości ma większe walory poznawcze, niż filmy z Sashą Grey w roli głównej, to IP man jest pozycją obowiązkową. Ja do tego grona się nie zaliczam, ale przyznam, że walki w tym filmie są epickie. Szkoda tylko, że scenariusz trochę spłycono. Co prawda, sama historia ma podłoże autentyczne, ale co z tego, skoro brakuje jej większego charakteru i oryginalności? Obraz wyreżyserowany przez Wilsona Yipa , na tym poletku w niczym szczególnym Was nie zaskoczy. Istnieją jednak dwie strony medalu. To wciąż solidna porcja mięcha, która pobudzi kubki smakowe nie jednemu maniakowi filmów kung-fu. To także bezstresowa rozrywka, którą można oglądać nie wysilając przy tym szarych komórek. Pod płaszczykiem słabego scenariusza i zbyt mało oryginalnej formuły, kryje się wiernie odwzorowana, autentyczna historia jednego z najlepszych mistrzów wschodnich sztuk walk. Aktualnie, współcześnie nie znajdziecie lepszego filmu o tej tematyce. Niech to będzie dla was, najlepszą rekomendacją .
7/10
"Apokalipsa nadejdzie, gdy odrzucimy Boga, a zaczniemy wreszcie wierzyć w siebie." - Marilyn Manson
Konto filmweb
Recenzje horrorów i nie tylko
Konto filmweb
Recenzje horrorów i nie tylko
22-01-2014, 11:04





