Powtórka Spider-Mana 3 nie była bolesna, bo chociaż to film miliona i jednego problemów, to ogląda się go dobrze, nawet jeśli zdaje się ciągnąć jakby trwał ze 3 godziny.
Największa wada? Natłok wątków:
- Sercowe perypetie Petera i Mary, którzy miotają się przez ponad 130 minut
- Zawodowe perypetie Mary
- Harry i Peter
- Harry jako "Goblin"
- Amnezja Harry'ego
- Aaaand... it's gone, czyli powrót pamięci Harry'ego!
- Powrót do wątku śmierci wuja Bena
- Sandman
- Peter vs Eddie Brock
- Czarna maź z kosmosu, o której scenariusz przypomina sobie po godzinie
- Przemiana Parkera
- Eddie Brock jako Venom
- Sandman i Venom łączący siły by zabić Spider-Mana
Oh. My. God.
Nic dziwnego, że tak to się ciągnie (choć nie nudzi!), a na domiar złego żaden wątek nie może się doczekać rozwiązania z prawdziwego zdarzenia. Najlepiej na tym wszystkim wychodzi Harry, choć może to niezbyt trafne sformułowanie, skoro ginie, ale z punktu widzenia przemiany i finałowego poświęcenia jego postaci to akurat najlepsze, co udało się scenarzystom.
Największym nieporozumieniem jest tu Venom, którego spotkało zbezczeszczenie porównywalne tylko z tym, co Feniksowi zrobiono w The Last Stand. Szkoda gadać, a do tego jeszcze żałosny Topher Grace. Istna katastrofa.
Jeśli SM i SM2 czymś rażą, da się to zawsze wytłumaczyć ich komiksowymi korzeniami, od których Raimi nie uciekał, wręcz przeciwnie. Tutaj takiej taryfy ulgowej zastosować się nie da.
Lokaj, który radośnie wyjawia, że rany Osborna pochodziły z jego lotni, a to oznacza, że zginął z własnej winy to obraza dla widza. Jasne, wiemy jak było, widzieliśmy pierwszą część, ale naprawdę? To ma być argument za tym, że Spider-Man go nie zamordował? Jakby ktoś znalazł mnie z moim nożem kuchennym w plecach, to na pewno nie zostałem zamordowany, bo to był MÓJ nóż, lol!
A co z Sandmanem, który opowiada łzawą historyjkę (swoją drogą śmierć wuja Bena jest tu bardziej idiotyczna niż śmiertelne udławienie się landrynką), a Peter wierzy mu na słowo, bo tak?! UGH.
Mimo wszystko 5/10.
Największa wada? Natłok wątków:
- Sercowe perypetie Petera i Mary, którzy miotają się przez ponad 130 minut
- Zawodowe perypetie Mary
- Harry i Peter
- Harry jako "Goblin"
- Amnezja Harry'ego
- Aaaand... it's gone, czyli powrót pamięci Harry'ego!
- Powrót do wątku śmierci wuja Bena
- Sandman
- Peter vs Eddie Brock
- Czarna maź z kosmosu, o której scenariusz przypomina sobie po godzinie
- Przemiana Parkera
- Eddie Brock jako Venom
- Sandman i Venom łączący siły by zabić Spider-Mana
Oh. My. God.
Nic dziwnego, że tak to się ciągnie (choć nie nudzi!), a na domiar złego żaden wątek nie może się doczekać rozwiązania z prawdziwego zdarzenia. Najlepiej na tym wszystkim wychodzi Harry, choć może to niezbyt trafne sformułowanie, skoro ginie, ale z punktu widzenia przemiany i finałowego poświęcenia jego postaci to akurat najlepsze, co udało się scenarzystom.
Największym nieporozumieniem jest tu Venom, którego spotkało zbezczeszczenie porównywalne tylko z tym, co Feniksowi zrobiono w The Last Stand. Szkoda gadać, a do tego jeszcze żałosny Topher Grace. Istna katastrofa.
Jeśli SM i SM2 czymś rażą, da się to zawsze wytłumaczyć ich komiksowymi korzeniami, od których Raimi nie uciekał, wręcz przeciwnie. Tutaj takiej taryfy ulgowej zastosować się nie da.
Lokaj, który radośnie wyjawia, że rany Osborna pochodziły z jego lotni, a to oznacza, że zginął z własnej winy to obraza dla widza. Jasne, wiemy jak było, widzieliśmy pierwszą część, ale naprawdę? To ma być argument za tym, że Spider-Man go nie zamordował? Jakby ktoś znalazł mnie z moim nożem kuchennym w plecach, to na pewno nie zostałem zamordowany, bo to był MÓJ nóż, lol!
A co z Sandmanem, który opowiada łzawą historyjkę (swoją drogą śmierć wuja Bena jest tu bardziej idiotyczna niż śmiertelne udławienie się landrynką), a Peter wierzy mu na słowo, bo tak?! UGH.
Mimo wszystko 5/10.
14-04-2014, 21:11





