(03-05-2014, 13:20)Predator895 napisał(a): Brakuje R , która by to trochę uniosła,
"R-ka" niewiele by zmieniła, bo to nie działa jak reguła. Nowy "Robo-manekin" jest tak dalece zły, że nie jestem w stanie wykrzesać choćby minimalnego plusa.
Czymś, co mnie poza wszelkimi innymi ułomnościami tego typu produkcji wpienia, jest nieustanny, neurotyczny ruch kamery plus teledyskowy montaż. Całość przypomina grę na kompa, a nie film, którym można się zachwycić. Sztuczność i kliniczna sterylność nowego "Robocopa" idą w parze z kompletnym brakiem polotu - zarówno wizualnego, jak i mającego swe odbicie w scenariuszu.
W oryginale, kiedy zbiera się rada nadzorcza, kamera nagle powoli odjeżdża i kończy zbliżeniem na makietę projektu Delta City. Jest sens? Jest. U "Padliny" mamy coś ma kształt futurystyczno-wojskowego "product placement". Kamera dostaje zajoba i zachowuje się jak bączek - tak jakby trzeba było wszystko na szybko zobaczyć z każdej strony, niezależnie od akcji i sensu.
Już sam sposób prezentacji automatycznie kojarzy się z nowymi zasadami skierowanymi do bardzo, ale to bardzo młodych widzów - tych bez parcia na wnikanie w cokolwiek, wychowanych na tv-zajawkach i video-clipach, z trudem mogących wytrzymać niezbędny dla dobrego filmu proces kreowania akcji i potrzebę użycia statycznych ujęć.
Ale co tam powyższe?
Człowiek Murphy ginie wskutek sztucznego wybuchu CGI, podbiega żona ... wkrótce potem akcja przenosi się do laboratoriów, a tu wciąż zero emocji!
Nie ma ich - co jest najgorszą wadą filmu - u samej ofiary. Robocop Wellera to postać pełnokrwista, przeżywająca wściekłość i żal, a tutaj mamy beznamiętnego gumowego cyca-manekina, co od własnej śmierci od razu przechodzi do nowego synth-życia z jakimś dziwacznym robo-entuzjazmem i wigorem harcerzyka - tak jakby wcześniej nic szczególnego się nie stało. Żenua po całości. Gdy tak kroczył korytarzami, chciałoby mu się podstawić nogę, żeby wreszcie wyrżnął na wyglancowany pysk.
Wygląd nowego-lepszego robogliny? To jakiś future-nurek do zadań specjalnych? Nawet tu film się położył.
I super-motor zajebany którejś z wersji Batmana :)) Widok gnającego "Murphy'ego" na motorze migającym jakimiś jarzeniówkami a la dyska w remizie - bezcenne w swej łotdafakowatości.
Kiedy w epoce wymiany VHS-ów z bagażników samochodów na osiedlach, oglądałem pierwszy raz dzieło Verhoevena, miałem jakieś 17 lat. Film wywarł wrażenie, które nie może się zatrzeć do dziś. Wielokrotne powtórki na przestrzeni lat nie tylko niczego filmowi nie odjęły, ale przeciwnie - zachwyt wzrasta. Teraz, po seansie nowej jakby-wersji, obraz Holendra tym bardziej zyskuje. Tak było z "The Omen", "Evil Dead", "The Thing" - wszystkie zmodyfikowano z żałosnym efektem.
"Robocopa" wykorzystano jako pretekst do wizualno-edytorskich popisów bez ładu i składu. Efektem jest KOLEJNY chaotyczny, pełen skrótów video-clip. Peter Weller wywołał całą game emocji, film Verhoevena szarpał nerwami, miał doskonały scenariusz, wspaniale opowiadano historię, zbiry były zbirowate do szpiku kości, stworzono znakomitą muzykę z rozpoznawalnym motywem, roiło się od scen mających to do siebie, że chciało się oglądać dziesiątki razy pod rząd.
To wszystko, czyli cała recepta na udany film, jak widać po reżyserze spłynęła jak woda po kaczce.
To jeden z najgorszych filmów, jakie widziałem. Gdyby nawet nie istniał pierwowzór, ocena niewiele by się różniła. Takich gniotów kręci się obecnie mnóstwo. Nie wyobrażam sobie chodzić do kina na filmy niewiele różniące się od gierek.
Kiedy rozum śpi, budzą się eksperci.
03-05-2014, 16:44 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04-05-2014, 14:56 przez Tomkiewicz.)





