Nie nastawiałem się na coś niezwykłego, bo to w końcu GODZILLA, więc wiadomo z czym doprawić, z czym zjeść i czym popić. Moment pojawienia się Godzilli lub MUTO powoduje ciary na plecach, długi ryyyyk wielkiego potwora to coś, za co kocha się dobre nagłośnienie w kinie – mógłbym dodać jeszcze kilka kapitalnie zainscenizowanych sekwencji (m.in. Godzilla pojawia się w chińskiej dzielnicy). Mimo wszystko czuję spore rozczarowanie – bardzo nijacy ludzcy bohaterowie w historii, która często dzieje się „bo tak”, domagając się zawieszenia logiki i prawdopodobieństwa na kołku (kwestie czysto dramaturgiczne, nie sajens-fikszyn). Jak to jest dalekie od lekkości i bezpretensjonalności „Parku jurajskiego”, gdzie bohaterowie byli żywi, byli jacyś, coś ich autentycznie determinowało. Tutaj jest po hollywoodzku nijako. Z całej marności scenariuszowej wybija się – co oczywiste – Bryan Cranston, który w każdej scenie jest po prostu wyśmienity, a moment, w którym uświadamia sobie pewną stratę – bezcenny.
Innymi słowy, całość nie umywa się do takiego „Pacific Rim”. 5
Innymi słowy, całość nie umywa się do takiego „Pacific Rim”. 5
17-05-2014, 15:57





