Dzisiaj po raz pierwszy odpaliłem Skyrima i jestem autentycznie zaskoczony tym jak złe wrażenie zrobiła na mnie ta gra. Ja już chyba definitywnie wyrosłem z produkcji Bethesdy. Morrowind oczarował mnie gdy byłem młodszy, bo wtedy to było coś absolutnie niesamowitego i nowego (elementy składowe jak np. fabułę, też miał najlepsze ze wszystkich gier tej firmy), pokazującego zadek wszystkim tym formułkowatym erpegom z gatunku d20, a i działającego lepiej na umysł młodziaka, który wtedy jeszcze potrafił bawić się i eksperymentować w grach, zamiast chłonąć je tak jak filmy czy ksiązki, niczym wapniak. Ale już przy każdej kolejnej produkcji tej firmy, było czuć zmęczenie materiału. A przy tej konkretnej to ja już chyba zupełnie odpadam. Odkładałem podejście do Skyrima przez prawie trzy lata, bo chciałem poczekać aż znajdę dłuższy okres wolnego czasu by podejść do niej na porządnie, wsiąknąć w ten świat, modować go i bawić się nim daleko poza granice głownego wątku. Ale teraz, po pierwszych trzech godzinach jestem bliski wywalenia tego z dysku w pizdu.
Odrzucił mnie już sam prolog. Gry Bethesdy zawsze miały problemy z walorami produkcyjnymi. W sensie - one udawały, że były ładne bo plenery, drzewka i góry, robiły wrażenie, ale cała reszta - czyli postaci, miasta, ekwipunek, wszystko to wyglądało jak kupa (nie bez powodu przy każdej grze Bethesdy najpopularniejsze są mody graficzne i to często nie ograniczające się jedynie do samej technologii, ale poprawiające również art design). Tak więc pod tym względem Skyrim niczego nie poprawia, tyle że tu chodzi o więcej niż po prostu o samą grafikę. Chodzi o ogólną prezentację i reżyserię gry, jej świata i postaci. Wszystko to wygląda jak na dzisiejsze standardy strasznie sztucznie i wyrywa z tego świata. Animacja, voice acting, dialogi, grafika, ogólna aranżacja całości. Wszystko to było tandetne... Nie chodzi o to, że np. animacja modeli jest przedpotopowa, ale o to, że ten świat nie zamieszkują postaci, tylko kukły.
O, wielka drama z więźniami i nadciągającym smokiem, a zamiast tego widzę bandę sztucznych kukiełek i manekinów udających ludzi i robiących dramat. Jak porównam opening Skyrima z takim np. openingiem Wiedzmina 2, to ten pierwszy wypada przy drugim wręcz śmiesznie. Gdzie prolog drugiego Wieśka był pod względem artystycznym mistrzostwem wprowadzonego w życie art designu, walorów produkcyjnych, a i fabularnie było na czym uwagę zawiesić, bo dialogi były świetne, a świat prawdziwy i przekonywujący.
Tak więc pierwsze, powierzchowne wrażenie negatywne, no ale przecież siłą Skyrima nie są aranżowane scenki, więc gram dalej próbując wsiąknąć. Chodząc sobie samemu po ośnieżonych lasach, wyobrażając, że jest się zimnokrwistym pseudo-wikingiem było zajebiste, ale jak tylko wchodziłem w jakąkolwiek interakcję z postaciami, to grać się odechciewało. Te formułkowate, drętwe dialogi, ten karykaturalny voice acting, ten efekt "człowieka-kukły". Po dwóch godzinach w dupie miałem całą tę drakę ze smokami i wojną domową. W dobrych erpegach morda mi się cieszy jak tylko pojawiam się w pierwszym porządnym mieście, nie mogąc się doczekać, aż porozmawiam ze wszystkimi, wyczerpię wszystkie linijki dialogowe i zaglądnę do każdego zakamarka. Tutaj po dotarciu do pierwszej wioski, żyć mi się odechciewało, na myśl, że będę musiał kurva wysłuchiwać dialogów tych manekinów i prowadzić z nimi drętwą konwersację na temat głównego wątku.
Nie chce się kłócić, że Skyrim to słaba gra, bo wiem, że te rekordowe oceny w rankingach nie wzieły się z nikąd, i że ludzie uwielbiają to, że Bethesda daje wolność i zabawki graczowi, do tworzenia własnej postaci i przygody wewnątrz piaskownicy świata (szczególnie z modami). I mi też to się podoba (w Morrowindzie spędziłem całe miesiące na zabawie, jakby to był MMO), ale potrzebuję do tego jakiegoś kontekstu, czegoś co sprawi, że będę chciał prowadzić przygodę w tym świecie. Nawet niekoniecznie dobrej fabuły czy dialogów, tylko jakiegoś motywu, czegokolwiek co by mnie zachęciło do wchłonięcia w ten setting. W Skyrimie natomiast podobają mi się jednie ładne plenery i ten ogólny, mocno rozrzedzony motyw "zimowego, barbarzyńcy fantasy" i nic poza tym. A nie chce mi się marnować czasu latając bez celu po lasach, udając, że tworzę własną przygodę. Taka zabawa w piaskownicy bez kontekstu, przypomina mi niektóre aspekty grania w gry muliplayer - przyjemne w małych dozach, ale bezcelowe.
Jutro spróbuję jeszcze raz, może zaskoczy. Ale bez natłoku modów całkowicie zmieniających tę grę chyba się nie obejdzie. Czekałem 3 lata by móc w końcu poznać się z tym tytułem, ale teraz wydaje mi się, że chyba nic nie stracę odkładając Skyrima na półkę z grami, których nigdy nie przejdę. W końcu wszystko to już widziałem. Bo Morrowind to Oblivion, Oblivion to Fallout, Fallout to Skyrim. Tylko śniegu jest więcej i wszyscy noszą rogi na hełmach. Myślę, że najlepiej będzie jak ograniczę się do moich ciepłych wspomnień o Morrowindzie, poczekam aż fani ukończą jej odnowioną wersję w HD, zmoduję ją sobie jak dusza zapragnie i pozwolę by porwał mnie sentyment do tamtej wyspy. I to chyba będzie gra Bethesdy do której się ograniczę. Nie twierdzę, że Skyrim jest gorszy od Morrowinda, nic z tych rzeczy (nawet jeżeli ten drugi miał pewne lepsze elementy), po prostu dzisiaj nie ma już tego czego szukam w grach, a do tego wcześniejszego tytułu przynajmniej odczuwam spory sentyment.
Aha, pierwsze 3 godziny, a bugów w huj. Ja wiem, że to sandbox z problematycznym systemem, ale cholera oni od 20 lat tworzą praktycznie tę samą grę i robią ciągle te same błędy.
Odrzucił mnie już sam prolog. Gry Bethesdy zawsze miały problemy z walorami produkcyjnymi. W sensie - one udawały, że były ładne bo plenery, drzewka i góry, robiły wrażenie, ale cała reszta - czyli postaci, miasta, ekwipunek, wszystko to wyglądało jak kupa (nie bez powodu przy każdej grze Bethesdy najpopularniejsze są mody graficzne i to często nie ograniczające się jedynie do samej technologii, ale poprawiające również art design). Tak więc pod tym względem Skyrim niczego nie poprawia, tyle że tu chodzi o więcej niż po prostu o samą grafikę. Chodzi o ogólną prezentację i reżyserię gry, jej świata i postaci. Wszystko to wygląda jak na dzisiejsze standardy strasznie sztucznie i wyrywa z tego świata. Animacja, voice acting, dialogi, grafika, ogólna aranżacja całości. Wszystko to było tandetne... Nie chodzi o to, że np. animacja modeli jest przedpotopowa, ale o to, że ten świat nie zamieszkują postaci, tylko kukły.
O, wielka drama z więźniami i nadciągającym smokiem, a zamiast tego widzę bandę sztucznych kukiełek i manekinów udających ludzi i robiących dramat. Jak porównam opening Skyrima z takim np. openingiem Wiedzmina 2, to ten pierwszy wypada przy drugim wręcz śmiesznie. Gdzie prolog drugiego Wieśka był pod względem artystycznym mistrzostwem wprowadzonego w życie art designu, walorów produkcyjnych, a i fabularnie było na czym uwagę zawiesić, bo dialogi były świetne, a świat prawdziwy i przekonywujący.
Tak więc pierwsze, powierzchowne wrażenie negatywne, no ale przecież siłą Skyrima nie są aranżowane scenki, więc gram dalej próbując wsiąknąć. Chodząc sobie samemu po ośnieżonych lasach, wyobrażając, że jest się zimnokrwistym pseudo-wikingiem było zajebiste, ale jak tylko wchodziłem w jakąkolwiek interakcję z postaciami, to grać się odechciewało. Te formułkowate, drętwe dialogi, ten karykaturalny voice acting, ten efekt "człowieka-kukły". Po dwóch godzinach w dupie miałem całą tę drakę ze smokami i wojną domową. W dobrych erpegach morda mi się cieszy jak tylko pojawiam się w pierwszym porządnym mieście, nie mogąc się doczekać, aż porozmawiam ze wszystkimi, wyczerpię wszystkie linijki dialogowe i zaglądnę do każdego zakamarka. Tutaj po dotarciu do pierwszej wioski, żyć mi się odechciewało, na myśl, że będę musiał kurva wysłuchiwać dialogów tych manekinów i prowadzić z nimi drętwą konwersację na temat głównego wątku.
Nie chce się kłócić, że Skyrim to słaba gra, bo wiem, że te rekordowe oceny w rankingach nie wzieły się z nikąd, i że ludzie uwielbiają to, że Bethesda daje wolność i zabawki graczowi, do tworzenia własnej postaci i przygody wewnątrz piaskownicy świata (szczególnie z modami). I mi też to się podoba (w Morrowindzie spędziłem całe miesiące na zabawie, jakby to był MMO), ale potrzebuję do tego jakiegoś kontekstu, czegoś co sprawi, że będę chciał prowadzić przygodę w tym świecie. Nawet niekoniecznie dobrej fabuły czy dialogów, tylko jakiegoś motywu, czegokolwiek co by mnie zachęciło do wchłonięcia w ten setting. W Skyrimie natomiast podobają mi się jednie ładne plenery i ten ogólny, mocno rozrzedzony motyw "zimowego, barbarzyńcy fantasy" i nic poza tym. A nie chce mi się marnować czasu latając bez celu po lasach, udając, że tworzę własną przygodę. Taka zabawa w piaskownicy bez kontekstu, przypomina mi niektóre aspekty grania w gry muliplayer - przyjemne w małych dozach, ale bezcelowe.
Jutro spróbuję jeszcze raz, może zaskoczy. Ale bez natłoku modów całkowicie zmieniających tę grę chyba się nie obejdzie. Czekałem 3 lata by móc w końcu poznać się z tym tytułem, ale teraz wydaje mi się, że chyba nic nie stracę odkładając Skyrima na półkę z grami, których nigdy nie przejdę. W końcu wszystko to już widziałem. Bo Morrowind to Oblivion, Oblivion to Fallout, Fallout to Skyrim. Tylko śniegu jest więcej i wszyscy noszą rogi na hełmach. Myślę, że najlepiej będzie jak ograniczę się do moich ciepłych wspomnień o Morrowindzie, poczekam aż fani ukończą jej odnowioną wersję w HD, zmoduję ją sobie jak dusza zapragnie i pozwolę by porwał mnie sentyment do tamtej wyspy. I to chyba będzie gra Bethesdy do której się ograniczę. Nie twierdzę, że Skyrim jest gorszy od Morrowinda, nic z tych rzeczy (nawet jeżeli ten drugi miał pewne lepsze elementy), po prostu dzisiaj nie ma już tego czego szukam w grach, a do tego wcześniejszego tytułu przynajmniej odczuwam spory sentyment.
Aha, pierwsze 3 godziny, a bugów w huj. Ja wiem, że to sandbox z problematycznym systemem, ale cholera oni od 20 lat tworzą praktycznie tę samą grę i robią ciągle te same błędy.
Fuck the cavalry and the committee that recieves 'em.
01-06-2014, 04:24 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01-06-2014, 08:30 przez Proteus.)





