Godzilla [1998]
Ależ durny ten film, ale i tak go lubię :)
Najlepsza jest tutaj muzyka i sceny akcji, na czele z pierwszym wyjściem Godzilli na ląd w Nowym Jorku. Świetna scena, choć - jak to u Emmericha - rozpoczęta naprawdę idiotycznym akcentem z dziadkiem idącym na ryby. I jak mam rozumieć tę jego wyrwaną wędkę? Złapał rybę, która zaczęła uciekać przed Godzillą (czyli... w jej kierunku), czy może Godzilla podpłynęła tak blisko, że nie spowodowała nawet drgnięcia wody, złapała przynętę (!!!!!!!!!!!!!!!!), zawróciła i odpłynęła znowu niezauważona, po czym postanowiła znowu podpłynąć, tym razem bardziej efektownie?
Zastanawiam się też po co w tym filmie w ogóle Reno i reszta Francuzów, którzy coś tam gadają o naprawianiu błędów przeszłości i sprzątaniu bałaganu, ale NIE ODGRYWAJĄ ŻADNEJ ROLI W FABULE, ANI NIE MAJĄ NIC WSPÓLNEGO Z POKONANIEM GADA NA KOŃCU. Ich jedyna rola (poza kolejnymi żenującymi tekstami o kawie) sprowadza się do udawania amerykańskich żołnierzy i przedostaniu się do miasta, ale z powodzeniem można by tego motywu uniknąć, a Francuzów całkiem ze scenariusza wyciąć, gdyby:
- postać Audrey nie było skończoną kretynką (to jedna z najgorszych, najbardziej irytujących postaci kobiecych w tego typu kinie; jedyny dobry moment w jej wykonaniu to transmisja z Madison Square Garden) i nie ukradła taśmy z namiotu Nicka
- wojsko nie zdecydowało się nie szukać gniazda "bo tak", tylko postąpiło logicznie
Mało tego, ich obecność w tym filmie jest tak bezsensowna, że by drogi bohaterów mogły skrzyżować się w finale, Victor BEZ ŻADNEGO POWODU postanawia jechać za Nickiem i tak odkrywa akcję z Francuzami. Potem scenarzyści tłumaczą się jego ustami, że chciał pogadać z Nickiem o Audrey, ale serio ktoś to kupuje? :)
Motywu z młodymi nie chce mi się komentować, bo jest beznadziejny pod każdym względem, aczkolwiek moment z Godzillą trącającą pyskiem zwłoki martwego malucha przynosi miły akcent emocjonalny, podobnie zresztą jak jej śmierć w finale; dla porównania u Edwardsa próżno w ogóle szukać jakichkolwiek emocji związanych z MUTO czy Godzillą. (przez chwilę pomyślałem o scenie z czułym przekazywaniem sobie bomby, ale nie, to jednak kategoria niezamierzonej śmieszności)
6/10 i spory sentyment. Złe, ale fajne i choć na chwilę obecną oba filmy (Emmericha i Edwardsa) mają u mnie taką samą ocenę, to temu drugiemu, z perspektywy czasu, należy się maks 3/10.
Ależ durny ten film, ale i tak go lubię :)
Najlepsza jest tutaj muzyka i sceny akcji, na czele z pierwszym wyjściem Godzilli na ląd w Nowym Jorku. Świetna scena, choć - jak to u Emmericha - rozpoczęta naprawdę idiotycznym akcentem z dziadkiem idącym na ryby. I jak mam rozumieć tę jego wyrwaną wędkę? Złapał rybę, która zaczęła uciekać przed Godzillą (czyli... w jej kierunku), czy może Godzilla podpłynęła tak blisko, że nie spowodowała nawet drgnięcia wody, złapała przynętę (!!!!!!!!!!!!!!!!), zawróciła i odpłynęła znowu niezauważona, po czym postanowiła znowu podpłynąć, tym razem bardziej efektownie?
Zastanawiam się też po co w tym filmie w ogóle Reno i reszta Francuzów, którzy coś tam gadają o naprawianiu błędów przeszłości i sprzątaniu bałaganu, ale NIE ODGRYWAJĄ ŻADNEJ ROLI W FABULE, ANI NIE MAJĄ NIC WSPÓLNEGO Z POKONANIEM GADA NA KOŃCU. Ich jedyna rola (poza kolejnymi żenującymi tekstami o kawie) sprowadza się do udawania amerykańskich żołnierzy i przedostaniu się do miasta, ale z powodzeniem można by tego motywu uniknąć, a Francuzów całkiem ze scenariusza wyciąć, gdyby:
- postać Audrey nie było skończoną kretynką (to jedna z najgorszych, najbardziej irytujących postaci kobiecych w tego typu kinie; jedyny dobry moment w jej wykonaniu to transmisja z Madison Square Garden) i nie ukradła taśmy z namiotu Nicka
- wojsko nie zdecydowało się nie szukać gniazda "bo tak", tylko postąpiło logicznie
Mało tego, ich obecność w tym filmie jest tak bezsensowna, że by drogi bohaterów mogły skrzyżować się w finale, Victor BEZ ŻADNEGO POWODU postanawia jechać za Nickiem i tak odkrywa akcję z Francuzami. Potem scenarzyści tłumaczą się jego ustami, że chciał pogadać z Nickiem o Audrey, ale serio ktoś to kupuje? :)
Motywu z młodymi nie chce mi się komentować, bo jest beznadziejny pod każdym względem, aczkolwiek moment z Godzillą trącającą pyskiem zwłoki martwego malucha przynosi miły akcent emocjonalny, podobnie zresztą jak jej śmierć w finale; dla porównania u Edwardsa próżno w ogóle szukać jakichkolwiek emocji związanych z MUTO czy Godzillą. (przez chwilę pomyślałem o scenie z czułym przekazywaniem sobie bomby, ale nie, to jednak kategoria niezamierzonej śmieszności)
6/10 i spory sentyment. Złe, ale fajne i choć na chwilę obecną oba filmy (Emmericha i Edwardsa) mają u mnie taką samą ocenę, to temu drugiemu, z perspektywy czasu, należy się maks 3/10.
14-06-2014, 17:27 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14-06-2014, 17:33 przez Mierzwiak.)





