Po poprzedzonej degustacją wafelków kakaowych z Biedronki 5-sekundową refleksją na temat filmu Edwardsa dochodzę do wniosku, że moje ulubione filmy wiele by zyskały, gdyby ich twórcy byli takimi wizjonerami jak Edwards, mieli tyle odwagi i talentu, a przy tym potrafili przenieść mnie w te cudowne, wypełnione magią kina czasy, gdy jako mały chłopiec zachwycałem się chujowymi bohaterami i z rozdziawioną gębą patrzyłem na mające 8 minut czasu ekranowego atrakcje.
Klapki z oczu powoli opadają.
Po ostatniej powtórce Parku Jurajskiego byłem, jak zwykle, zachwycony, ale to było przed seansem Godzilli. Teraz dostrzegam jak prymitywne zagrywki stosuje Spielberg, jak żenująco wykorzystuje wszędobylskie CGI (sic!), i jak ostentacyjnie wręcz jedzie na charyzmie aktorów. Scena w której bohaterowie po raz pierwszy widzą brachiozaura to doskonały przykład taniego, nastawionego na efekciarstwo chwytu, a przy tym marna próba zaangażowania w to aktorów. Po co Sam Neill tak żywo reaguje na to, co widzi?! I jeszcze ten overacting w wykonaniu Laury Dern, litości. Mam uwierzyć, że osoba która całe życie badała kości dinozaurów, która się nimi pasjonowała i pewnie wielokrotnie wyobrażała sobie, jak mogły wyglądać, robiłaby takie miny na ich widok? LOL
Najgorsza jest jednak sekwencja zaczynająca się od wyjścia T-Rexa przez ogrodzenie. W scenie na Hawajach Edwards pokazał, co się powinno robić w takich scenach, ale nie, po co, zamiast tego Spielberg woli polegać na budowaniu napięcia, zachwycaniu widzów i emocjach, a do tego w środku wszystkiego umieszcza dzieci. Koszmar.
Podobne przykłady można mnożyć, i to nie tylko przy okazji filmów, w których bohaterowie stają twarzą w twarz z "potworami". Powiem tylko, że taki Quentin Tarantino czy David Fincher ze swoimi tanimi sztuczkami (na Ciebie patrzę, Se7en!) mogliby się od Edwardsa wiele nauczyć.
Klapki z oczu powoli opadają.
Po ostatniej powtórce Parku Jurajskiego byłem, jak zwykle, zachwycony, ale to było przed seansem Godzilli. Teraz dostrzegam jak prymitywne zagrywki stosuje Spielberg, jak żenująco wykorzystuje wszędobylskie CGI (sic!), i jak ostentacyjnie wręcz jedzie na charyzmie aktorów. Scena w której bohaterowie po raz pierwszy widzą brachiozaura to doskonały przykład taniego, nastawionego na efekciarstwo chwytu, a przy tym marna próba zaangażowania w to aktorów. Po co Sam Neill tak żywo reaguje na to, co widzi?! I jeszcze ten overacting w wykonaniu Laury Dern, litości. Mam uwierzyć, że osoba która całe życie badała kości dinozaurów, która się nimi pasjonowała i pewnie wielokrotnie wyobrażała sobie, jak mogły wyglądać, robiłaby takie miny na ich widok? LOL
Najgorsza jest jednak sekwencja zaczynająca się od wyjścia T-Rexa przez ogrodzenie. W scenie na Hawajach Edwards pokazał, co się powinno robić w takich scenach, ale nie, po co, zamiast tego Spielberg woli polegać na budowaniu napięcia, zachwycaniu widzów i emocjach, a do tego w środku wszystkiego umieszcza dzieci. Koszmar.
Podobne przykłady można mnożyć, i to nie tylko przy okazji filmów, w których bohaterowie stają twarzą w twarz z "potworami". Powiem tylko, że taki Quentin Tarantino czy David Fincher ze swoimi tanimi sztuczkami (na Ciebie patrzę, Se7en!) mogliby się od Edwardsa wiele nauczyć.
17-06-2014, 19:03





