3/10
No to zacznijmy od plusów:
+ dobry, może nawet bardzo dobry Dane DeHaan, wbrew scenariuszowi, wbrew fryzurze, wbrew wszystkiemu temu co wyczynia się wokół niego na ekranie tworzy swoją najlepszą i zarazem inną od dotychczasowych kreację. To nie jest małoletni psychopata z Kroniki, wystraszony chłopaczek z Lawless, nie jest to nawet jak chcieliby Kurtzman z Orcim i fryzjerka, rozpuszczony 20-latek przeniesiony z brazylijskich jachtów pełnych modelek do Nowego Yorku. Uwierzyłem mu w każdym momencie, uwierzyłem w tą postać i jej motywację, jako Goblin młody aktor osiąga to czego nie udało się staremu wydze Willemowi, nie popada w śmieszność i błazenadę a jednocześnie jest psychopatycznym, zielonym stworem. Paradoks. Szkoda, że Goblina jest tak mało
+ po raz pierwszy polubiłem Spider-Garfielda, ma wiele żenujących dialogów zarówno służbowo jak i w cywilu, kilka niezrozumiałych akcji w stylu "giną ludzie, walą się wieżowce, ale nałożę sobie jeszcze kask strażaka walcząc z niebieskim pajacem", ale odebrano mu większość irytujących, bucowatych zachowań z pierwszej części, zamiast wiecznych kłótni wsadzono w usta komediowe sprzeczki
+ niczym nie zaskakujące Emma Stone i Sally Field, ale w sumie mogę je podciągnąć do plusów.
Minusy:
- fatalna, rwana reżyseria i scenariusz, szczególnie w pierwszej połowie żadna ze scen nie otrzymuje odpowiedniej ilości czasu, nie wybrzmiewa w odpowiedni sposób, film pędzi na złamanie karku chociaż nic niezwykłego się w nim nie dzieje
- jestem w stanie uwierzyć, że Webb miał niewiele do gadania przy tym filmie, że to produkt słupków od panów z wytwórni, którzy 2 lata temu chcieli zrobić coś na fali sukcesu Mrocznego Rycerza, a obecnie na fali radosnego i kolorowego Avengers. Ale nie mogę wybaczyć tak fatalnego dobrania piosenek twórcy 500 Days of Summer, jak ma się do obrazu choćby jakiś utwór z "For You" w refrenie pasujący do zakupów w Housie, a nie do sceny w której Peter próbuje uporządkować sprawy z rodzicami.
- umieszczenie w jednym filmie dwóch nic nie obchodzących widza spraw z katastrofą samolotu to naprawdę spore osiągnięcie
- mega fatalny Jamie Foxx, tak już się dzisiaj nie gra łotrów, tak się już ich nie pisze. Sam film nie może się zdecydować czy opóźniony w rozwoju Max ma budzić strach, śmiech, politowanie czy współczucie, jeśli scenarzyści uznali, że wszystko naraz, bo w ten sposób pogłębią postać to ponieśli jeszcze większą porażkę niż im się wydaje
- Paul Giamatti- za krótko żeby w pełni ocenić, ale za długo aby można było przejść obojętnie. Mam nadzieję, że on i Foxx zostaną docenieni na malinowej gali.
- wiele mniejszych lub większych głupot, trzeba byłoby siedzieć z notesem aby wymienić je wszystkie, przykładowo skoro na początku pokonano Electro w tak banalny sposób, to dlaczego nie spróbowano tego już nigdy więcej?
- okropne wstawki humorystyczne. Wygląda to tak jakby ktoś naczytał się w internecie, że kicz Raimiego jest fajny, ale kompletnie go nie zrozumiał. U niego kicz objawia się w przyjętej od ponad 30 lat stylistyce tworzenia kadrów i pracy kamery, natomiast postacie w Spider-Manach Sama są traktowane raczej poważnie, chociaż z pewnymi uproszczeniami charakterystycznymi przy młodym odbiorcy (choćby niesławne macki gmerające w głowie Octopusa czy kazania ciotki May), humor zaś wynika z typowo ludzkich słabości (fajtłapowatość Parkera, narcyzm Jamesona). Webb tworzy dla potrzeb humoru i młodego odbiorcy postaci całkowicie karykaturalne, złożone z najbardziej wyświechtanych stereotypów, a przez to kompletnie papierowe. Owocem tych nieudanych eksperymentów z kiczem są Max Dillon i przede wszystkim dr Kafka, absurdalnie nieudana postać stereotypowego niemieckiego naukowca, tworzącego w czasach nazizmu. Przypomina on tego doktorka który pomagał Trującemu Bluszczowi w pewnym niesławnym filmie.
Zresztą przez większą część seansu nie opuszczało mnie wrażenie, że jeszcze tylko dwa-trzy kroki i będzie Batman i Robin. Nie było wcale tak daleko.
No to zacznijmy od plusów:
+ dobry, może nawet bardzo dobry Dane DeHaan, wbrew scenariuszowi, wbrew fryzurze, wbrew wszystkiemu temu co wyczynia się wokół niego na ekranie tworzy swoją najlepszą i zarazem inną od dotychczasowych kreację. To nie jest małoletni psychopata z Kroniki, wystraszony chłopaczek z Lawless, nie jest to nawet jak chcieliby Kurtzman z Orcim i fryzjerka, rozpuszczony 20-latek przeniesiony z brazylijskich jachtów pełnych modelek do Nowego Yorku. Uwierzyłem mu w każdym momencie, uwierzyłem w tą postać i jej motywację, jako Goblin młody aktor osiąga to czego nie udało się staremu wydze Willemowi, nie popada w śmieszność i błazenadę a jednocześnie jest psychopatycznym, zielonym stworem. Paradoks. Szkoda, że Goblina jest tak mało
+ po raz pierwszy polubiłem Spider-Garfielda, ma wiele żenujących dialogów zarówno służbowo jak i w cywilu, kilka niezrozumiałych akcji w stylu "giną ludzie, walą się wieżowce, ale nałożę sobie jeszcze kask strażaka walcząc z niebieskim pajacem", ale odebrano mu większość irytujących, bucowatych zachowań z pierwszej części, zamiast wiecznych kłótni wsadzono w usta komediowe sprzeczki
+ niczym nie zaskakujące Emma Stone i Sally Field, ale w sumie mogę je podciągnąć do plusów.
Minusy:
- fatalna, rwana reżyseria i scenariusz, szczególnie w pierwszej połowie żadna ze scen nie otrzymuje odpowiedniej ilości czasu, nie wybrzmiewa w odpowiedni sposób, film pędzi na złamanie karku chociaż nic niezwykłego się w nim nie dzieje
- jestem w stanie uwierzyć, że Webb miał niewiele do gadania przy tym filmie, że to produkt słupków od panów z wytwórni, którzy 2 lata temu chcieli zrobić coś na fali sukcesu Mrocznego Rycerza, a obecnie na fali radosnego i kolorowego Avengers. Ale nie mogę wybaczyć tak fatalnego dobrania piosenek twórcy 500 Days of Summer, jak ma się do obrazu choćby jakiś utwór z "For You" w refrenie pasujący do zakupów w Housie, a nie do sceny w której Peter próbuje uporządkować sprawy z rodzicami.
- umieszczenie w jednym filmie dwóch nic nie obchodzących widza spraw z katastrofą samolotu to naprawdę spore osiągnięcie
- mega fatalny Jamie Foxx, tak już się dzisiaj nie gra łotrów, tak się już ich nie pisze. Sam film nie może się zdecydować czy opóźniony w rozwoju Max ma budzić strach, śmiech, politowanie czy współczucie, jeśli scenarzyści uznali, że wszystko naraz, bo w ten sposób pogłębią postać to ponieśli jeszcze większą porażkę niż im się wydaje
- Paul Giamatti- za krótko żeby w pełni ocenić, ale za długo aby można było przejść obojętnie. Mam nadzieję, że on i Foxx zostaną docenieni na malinowej gali.
- wiele mniejszych lub większych głupot, trzeba byłoby siedzieć z notesem aby wymienić je wszystkie, przykładowo skoro na początku pokonano Electro w tak banalny sposób, to dlaczego nie spróbowano tego już nigdy więcej?
- okropne wstawki humorystyczne. Wygląda to tak jakby ktoś naczytał się w internecie, że kicz Raimiego jest fajny, ale kompletnie go nie zrozumiał. U niego kicz objawia się w przyjętej od ponad 30 lat stylistyce tworzenia kadrów i pracy kamery, natomiast postacie w Spider-Manach Sama są traktowane raczej poważnie, chociaż z pewnymi uproszczeniami charakterystycznymi przy młodym odbiorcy (choćby niesławne macki gmerające w głowie Octopusa czy kazania ciotki May), humor zaś wynika z typowo ludzkich słabości (fajtłapowatość Parkera, narcyzm Jamesona). Webb tworzy dla potrzeb humoru i młodego odbiorcy postaci całkowicie karykaturalne, złożone z najbardziej wyświechtanych stereotypów, a przez to kompletnie papierowe. Owocem tych nieudanych eksperymentów z kiczem są Max Dillon i przede wszystkim dr Kafka, absurdalnie nieudana postać stereotypowego niemieckiego naukowca, tworzącego w czasach nazizmu. Przypomina on tego doktorka który pomagał Trującemu Bluszczowi w pewnym niesławnym filmie.
Zresztą przez większą część seansu nie opuszczało mnie wrażenie, że jeszcze tylko dwa-trzy kroki i będzie Batman i Robin. Nie było wcale tak daleko.
20-07-2014, 12:03 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20-07-2014, 12:47 przez Szaman.)





