Divinity: Original Sin
Ale wspaniała gierka. Gdyby wyszła w okolicach roku 2000, to stwierdziłbym, że takich gier już się nie robi. Najnowsze Divinity sprawiło, że znowu poczułem się jak dzieciak odkrywający swój ulubiony gatunek i totalnie wsiąkający w jego świat. Człowiek po zagraniu w taki oldschoolowy (w swojej konstrukcji) tytuł łapie się na tym, jak bardzo mu brakuje tych starych mechanik i jak bardzo Skyrimowo-Bioware'owe są teraz eRPeGi. Ostatnim rolplejem od niepamiętnych czasów, któremu udało się obudzić we mnie dziecko, było Might & Magic X.
Przede wszystkim gra jest OGROMNA. Mam na koncie prawie 20 godzin, a jeszcze zostało mi sporo dłubania w pierwszej z czterech dużych lokacji. Właśnie, eksploracja. Nie pamiętam kiedy ostatnim razem miałem tyle frajdy z chodzenia po świecie i odkrywania jego sekretów. Ostatnim razem chyba w 2002, czyli przy okazji premiery Divine Divinity. Poważnie, nudne Elder Scrollsy się chowają po całości. Tutaj jak coś odkrywam, to automatycznie jestem za to nagradzany i mogę być pewien, że jeśli nie trafię na jakiegoś ducha, który zażąda, żebym udowodnił mu jaką mam krzepę, to przynajmniej znajdę jakiś fajny skarb. A trzeba się nakombinować, żeby dojść do niektórych lokacji.
Walka to chwalebny powrót tur i punktów akcji. I piękne jest to, jak konkretnie została potraktowana. Na początku, poza tutorialem, jest jej stosunkowo mało (o ile ma się podejście odkrywcy). Ale gdy już jest, to nie ma mowy o tzw. zapychaczach. Nie ma tutaj grupek po trzech słabych przeciwników, którzy podają po 5 minutach tylko dlatego, że walka jest turowa. Jest konkretnie, taktycznie (nawet miejsce, w którym dochodzi do starcia jest przemyślane) i z pomysłem. Ta ostatnia cecha opiera się głównie na żywiołach i uzyskiwaniu przy ich pomocy różnych efektów. Wróg stoi w kałuży? Podpal, a zrani go para wodna. Zadziałaj magią lodu, a się poślizgnie. Sypnij burzą i zwiększysz szansę na ogłuszenie. A np. po podpaleniu trujących gazów dojdzie do masywnej eksplozji. A kombinacji jest więcej.
A jaki powiew świeżości poczułem, jak się okazało, że pod względem questów nie ma tutaj mowy o prowadzeniu za rączkę. Dostajesz zadanie, w dzienniku masz krótki opis i kombinuj. A zadania są bardzo fajne i nie raz zrobione z humorem. Długo nie zapomnę czterech posągów, które wkręcają odwiedzającym je ludziom, że nauczyły ich latać, albo że muszą spalić cały swój dobytek, żeby później być naprawdę bogatym. Jedna z nich, gdy poprosiłem o pokazanie mi, co mnie czeka w przyszłości, pokazała mi... napisy końcowe gry :D.
Pierdoły, które mi w tej grze przeszkadzały to takie drobnostki, że nie warto o nich wspominać (chociaż rzadka sytuacja, w której wróg zlewa się z moją postacią i muszę trafić kursorem w pojedynczy piksel oraz brak heksów podczas walki potrafią wkurwić). Mógłbym pisać o tej grze jeszcze długo, np. jaki może być z niej Buddy Movie wśród eRPeGów z racji tworzenia na początku dwóch postaci i ciągłych między nimi interakcji, ale mi się nie chce. Jak dla mnie 9+/10.
Ale wspaniała gierka. Gdyby wyszła w okolicach roku 2000, to stwierdziłbym, że takich gier już się nie robi. Najnowsze Divinity sprawiło, że znowu poczułem się jak dzieciak odkrywający swój ulubiony gatunek i totalnie wsiąkający w jego świat. Człowiek po zagraniu w taki oldschoolowy (w swojej konstrukcji) tytuł łapie się na tym, jak bardzo mu brakuje tych starych mechanik i jak bardzo Skyrimowo-Bioware'owe są teraz eRPeGi. Ostatnim rolplejem od niepamiętnych czasów, któremu udało się obudzić we mnie dziecko, było Might & Magic X.
Przede wszystkim gra jest OGROMNA. Mam na koncie prawie 20 godzin, a jeszcze zostało mi sporo dłubania w pierwszej z czterech dużych lokacji. Właśnie, eksploracja. Nie pamiętam kiedy ostatnim razem miałem tyle frajdy z chodzenia po świecie i odkrywania jego sekretów. Ostatnim razem chyba w 2002, czyli przy okazji premiery Divine Divinity. Poważnie, nudne Elder Scrollsy się chowają po całości. Tutaj jak coś odkrywam, to automatycznie jestem za to nagradzany i mogę być pewien, że jeśli nie trafię na jakiegoś ducha, który zażąda, żebym udowodnił mu jaką mam krzepę, to przynajmniej znajdę jakiś fajny skarb. A trzeba się nakombinować, żeby dojść do niektórych lokacji.
Walka to chwalebny powrót tur i punktów akcji. I piękne jest to, jak konkretnie została potraktowana. Na początku, poza tutorialem, jest jej stosunkowo mało (o ile ma się podejście odkrywcy). Ale gdy już jest, to nie ma mowy o tzw. zapychaczach. Nie ma tutaj grupek po trzech słabych przeciwników, którzy podają po 5 minutach tylko dlatego, że walka jest turowa. Jest konkretnie, taktycznie (nawet miejsce, w którym dochodzi do starcia jest przemyślane) i z pomysłem. Ta ostatnia cecha opiera się głównie na żywiołach i uzyskiwaniu przy ich pomocy różnych efektów. Wróg stoi w kałuży? Podpal, a zrani go para wodna. Zadziałaj magią lodu, a się poślizgnie. Sypnij burzą i zwiększysz szansę na ogłuszenie. A np. po podpaleniu trujących gazów dojdzie do masywnej eksplozji. A kombinacji jest więcej.
A jaki powiew świeżości poczułem, jak się okazało, że pod względem questów nie ma tutaj mowy o prowadzeniu za rączkę. Dostajesz zadanie, w dzienniku masz krótki opis i kombinuj. A zadania są bardzo fajne i nie raz zrobione z humorem. Długo nie zapomnę czterech posągów, które wkręcają odwiedzającym je ludziom, że nauczyły ich latać, albo że muszą spalić cały swój dobytek, żeby później być naprawdę bogatym. Jedna z nich, gdy poprosiłem o pokazanie mi, co mnie czeka w przyszłości, pokazała mi... napisy końcowe gry :D.
Pierdoły, które mi w tej grze przeszkadzały to takie drobnostki, że nie warto o nich wspominać (chociaż rzadka sytuacja, w której wróg zlewa się z moją postacią i muszę trafić kursorem w pojedynczy piksel oraz brak heksów podczas walki potrafią wkurwić). Mógłbym pisać o tej grze jeszcze długo, np. jaki może być z niej Buddy Movie wśród eRPeGów z racji tworzenia na początku dwóch postaci i ciągłych między nimi interakcji, ale mi się nie chce. Jak dla mnie 9+/10.
I do not believe in the creed professed by the Jewish Church, by the Roman Church, by the Greek Church, by the Turkish Church, by the Protestant Church, nor by any church that I know of. My own mind is my own church
15-08-2014, 12:26 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17-08-2014, 11:03 przez Wawrzyniec.)





