Miasto zaginionych dzieci (La Cité des enfants perdus , 1995), reż. Jean-Pierre Jeunet, Marc Caro
Film zrobiony w strasznie gilliamowskim stylu, stylu który - z małymi wyjątkami (12 małp!!) - mnie totalnie odrzuca – „Brazil” co prawda było spoko, ale jak to się mówi dupy mi nie urwało, „Parnassus” był zbyt bajkowy, „Teoria wszystkiego” to klasyczny przykład przerostu formy nad treścią. I w sumie taki sam jest film Jeuneta i Caro. Plejada płaskich, a do tego dziwacznych postaci, które w dosyć nieudolny sposób próbują być umotywowane, niezbyt wciągająca historia, nagromadzenie zbyt wielu wątków przez co w filmie panuje mega chaos, irytująca próba zabaw z absurdalnym humorem. Na plus z pewnością ta forma o której wspomniałem – świetne scenografie, mroczny klimat rodem z sennego koszmaru, aktorsko też daje rade (duet Perlman-Vittet jest ok, ale i tak ich zjada Dominique Pinon).
Pewnie gdybym za dzieciaka natknął się ten tytuł przypadkowo w telewizji, do dzisiaj miałbym jakąś traumę i rysę na umyśle - święta Bożego Narodzenia byłyby najgorszym okresem w roku, a postać Świętego Mikołaja byłaby dla mnie tym czym dla niektórych są klauni czy węże/szczury/etc. Straszne. Sentyment do dnia dzisiejszego byłby ogromny. No, ale za dzieciaka jednak tego filmu nie widziałem. Niestety nie moje kino, nie mój cyrk. Mocno naciągane 5/10.
Film zrobiony w strasznie gilliamowskim stylu, stylu który - z małymi wyjątkami (12 małp!!) - mnie totalnie odrzuca – „Brazil” co prawda było spoko, ale jak to się mówi dupy mi nie urwało, „Parnassus” był zbyt bajkowy, „Teoria wszystkiego” to klasyczny przykład przerostu formy nad treścią. I w sumie taki sam jest film Jeuneta i Caro. Plejada płaskich, a do tego dziwacznych postaci, które w dosyć nieudolny sposób próbują być umotywowane, niezbyt wciągająca historia, nagromadzenie zbyt wielu wątków przez co w filmie panuje mega chaos, irytująca próba zabaw z absurdalnym humorem. Na plus z pewnością ta forma o której wspomniałem – świetne scenografie, mroczny klimat rodem z sennego koszmaru, aktorsko też daje rade (duet Perlman-Vittet jest ok, ale i tak ich zjada Dominique Pinon).
Pewnie gdybym za dzieciaka natknął się ten tytuł przypadkowo w telewizji, do dzisiaj miałbym jakąś traumę i rysę na umyśle - święta Bożego Narodzenia byłyby najgorszym okresem w roku, a postać Świętego Mikołaja byłaby dla mnie tym czym dla niektórych są klauni czy węże/szczury/etc. Straszne. Sentyment do dnia dzisiejszego byłby ogromny. No, ale za dzieciaka jednak tego filmu nie widziałem. Niestety nie moje kino, nie mój cyrk. Mocno naciągane 5/10.
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.
05-09-2014, 02:04 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05-09-2014, 02:06 przez Pelivaron.)





