Idą święta.
![[Obrazek: bad-santa-o.gif]](http://stream1.gifsoup.com/view7/4901878/bad-santa-o.gif)
Jest to czas szczególny, czas, który spędza się z bliskimi, chłonąc ciepło domowego ogniska; a do tego chłonięcia przydaje się równie ciepły film, niosący krzepiącą apoteozę wartości rodzinnych. Taki jak
"Lemoniadowy Joe", reż Oldrich Lipsky, 1964
W skrócie: małe miasteczko na Dzikim Zachodzie staje się areną ideowej walki między zwolennikami napojów alkoholowych a abstynentami, na czele których staje nieustraszony tytułowy rewolwerowiec. Mamy tu wiadomości wydmuchiwane z kółek dymu, przedziwne fatamorgany, dzikie "a-uuuu!" i jeszcze dziksze "kwa-kwa!" na tle nocy w Dolinie Truposza, sceny walki, których szalonego dynamizmu nie da się opisać, piękne kobiety i dzielnych kowbojów o niezawodnej ręce (nawet bez celowania), jesteśmy świadkami narodzin nowej nazwy handlowej, a na końcu -- zwycięstwa Wartości Rodzinnych. Jest też ciekawostka techniczna w postaci alternatywnego użycia na taśmie palety CMYK :)
Powiedzieć, że ten film jest szalony, absurdalny i odjechany we wszystkie strony na raz, to nie powiedzieć nic. Co ciekawe, film znacznie różni się od książkowego oryginału autorstwa Jiriego Brdecki (również współautora scenariusza): fabuła jest mocno zmieniona, niektórych bohaterów brakuje, niektórzy zostali dodani, mają inną motywację. Książka, mimo że histerycznie śmieszna, ma całkiem sensowną akcję (no może poza fatamorganą :), nieźle oddaje realia Dzikiego Zachodu, całkiem wiarygodnie wprowadza postacie słynnych rewolwerowców, tak że spokojnie można byłoby na jej podstawie nakręcić normalną (nieczeską) parodię westernu. Ponadto w książce jest zachowana granica absurdu -- kiedy ktoś zostaje zastrzelony na śmierć, to już nie wstaje. Film tę granicę przekracza :).
Zakupiłam jedno i drugie w serii "Literatura Czeska", po przecenie, w sklepie "za 4 złote" i muszę powiedzieć, że było to najlepiej wydane 2,99 zł w moim życiu :).
![[Obrazek: bad-santa-o.gif]](http://stream1.gifsoup.com/view7/4901878/bad-santa-o.gif)
Jest to czas szczególny, czas, który spędza się z bliskimi, chłonąc ciepło domowego ogniska; a do tego chłonięcia przydaje się równie ciepły film, niosący krzepiącą apoteozę wartości rodzinnych. Taki jak
"Lemoniadowy Joe", reż Oldrich Lipsky, 1964
W skrócie: małe miasteczko na Dzikim Zachodzie staje się areną ideowej walki między zwolennikami napojów alkoholowych a abstynentami, na czele których staje nieustraszony tytułowy rewolwerowiec. Mamy tu wiadomości wydmuchiwane z kółek dymu, przedziwne fatamorgany, dzikie "a-uuuu!" i jeszcze dziksze "kwa-kwa!" na tle nocy w Dolinie Truposza, sceny walki, których szalonego dynamizmu nie da się opisać, piękne kobiety i dzielnych kowbojów o niezawodnej ręce (nawet bez celowania), jesteśmy świadkami narodzin nowej nazwy handlowej, a na końcu -- zwycięstwa Wartości Rodzinnych. Jest też ciekawostka techniczna w postaci alternatywnego użycia na taśmie palety CMYK :)
Powiedzieć, że ten film jest szalony, absurdalny i odjechany we wszystkie strony na raz, to nie powiedzieć nic. Co ciekawe, film znacznie różni się od książkowego oryginału autorstwa Jiriego Brdecki (również współautora scenariusza): fabuła jest mocno zmieniona, niektórych bohaterów brakuje, niektórzy zostali dodani, mają inną motywację. Książka, mimo że histerycznie śmieszna, ma całkiem sensowną akcję (no może poza fatamorganą :), nieźle oddaje realia Dzikiego Zachodu, całkiem wiarygodnie wprowadza postacie słynnych rewolwerowców, tak że spokojnie można byłoby na jej podstawie nakręcić normalną (nieczeską) parodię westernu. Ponadto w książce jest zachowana granica absurdu -- kiedy ktoś zostaje zastrzelony na śmierć, to już nie wstaje. Film tę granicę przekracza :).
Zakupiłam jedno i drugie w serii "Literatura Czeska", po przecenie, w sklepie "za 4 złote" i muszę powiedzieć, że było to najlepiej wydane 2,99 zł w moim życiu :).
23-12-2014, 12:39





