Taaaaaki film! Jaki? Cholera, w sumie sam nie wiem.
Na pewno nie taki, jak się wydawało. Po pierwsze, nie ma mowy o żadnym Bondowskim villainie - cały monolog z trailera jest właśnie tylko w trailerze. Plan Blackhata jest jednocześnie diaboliczny i banalny - i to do mnie trafia, choć po prawdzie zawiera w sobie pewien błąd logiczny, zalatujący lenistwem scenarzystów, bo bez tego nie byłoby całej fabuły.
Po drugie, nie ma mowy o jakimkolwiek przestylizowaniu. Wprost przeciwnie, choć ładnych obrazków nie brakuje, pojawiają się jakby mimochodem, nie ma w tym wiele wizualnej celebracji i napawania się. Trochę szkoda, ale ten film jak rzadko który u Manna nastawiony jest na opowiadanie historii. To dobrze, czy źle? Sam nie wiem, bo intryga jest w kilku miejscach naciągnięta, poza tym to ewidentnie nie jest film skupiony na bohaterach, tylko na infochaosie cyfrowego świata, w którym ludzie i prawdy giną w powodzi informacji, czego ucieleśnieniem jest tytułowy haker, diaboliczny władca marionetek, w rzeczywistości będący zachłannym, spasionym fiutkiem z kozikiem. W zestawieniu z nim Hathaway, przy całym tym swoim hakerstwie, jawi się jako zaskakująco analogowy, oldschoolowy bohater. Skądinąd Hemsworth wypadł bardzo spoko (choć to nie rola pozwalająca na jakieś fajerwerki), a sama postać jest o dziwo przekonująca.
Nie wiem jak ocenić film głównie ze względu na cokolwiek mętną, chwiejną pierwszą połowę. Od znanej z plakatu sceny z betonowymi blokami jest już dużo lepiej, a takie momenty jak atak Kassara, nocny lot do Malezji czy sam finał to już czysta filmowa poezja.
Cały film 8/10. Nie, 6+/10. 7/10? Na tym etapie sam nie wiem.
ALE!
Druga połowa 9/10. I czuję, że całość zyska przy kolejnych razach.
Ale jednak z Mefisto byliśmy na różnych filmach.
Na pewno nie taki, jak się wydawało. Po pierwsze, nie ma mowy o żadnym Bondowskim villainie - cały monolog z trailera jest właśnie tylko w trailerze. Plan Blackhata jest jednocześnie diaboliczny i banalny - i to do mnie trafia, choć po prawdzie zawiera w sobie pewien błąd logiczny, zalatujący lenistwem scenarzystów, bo bez tego nie byłoby całej fabuły.
Po drugie, nie ma mowy o jakimkolwiek przestylizowaniu. Wprost przeciwnie, choć ładnych obrazków nie brakuje, pojawiają się jakby mimochodem, nie ma w tym wiele wizualnej celebracji i napawania się. Trochę szkoda, ale ten film jak rzadko który u Manna nastawiony jest na opowiadanie historii. To dobrze, czy źle? Sam nie wiem, bo intryga jest w kilku miejscach naciągnięta, poza tym to ewidentnie nie jest film skupiony na bohaterach, tylko na infochaosie cyfrowego świata, w którym ludzie i prawdy giną w powodzi informacji, czego ucieleśnieniem jest tytułowy haker, diaboliczny władca marionetek, w rzeczywistości będący zachłannym, spasionym fiutkiem z kozikiem. W zestawieniu z nim Hathaway, przy całym tym swoim hakerstwie, jawi się jako zaskakująco analogowy, oldschoolowy bohater. Skądinąd Hemsworth wypadł bardzo spoko (choć to nie rola pozwalająca na jakieś fajerwerki), a sama postać jest o dziwo przekonująca.
Nie wiem jak ocenić film głównie ze względu na cokolwiek mętną, chwiejną pierwszą połowę. Od znanej z plakatu sceny z betonowymi blokami jest już dużo lepiej, a takie momenty jak atak Kassara, nocny lot do Malezji czy sam finał to już czysta filmowa poezja.
Cały film 8/10. Nie, 6+/10. 7/10? Na tym etapie sam nie wiem.
ALE!
Druga połowa 9/10. I czuję, że całość zyska przy kolejnych razach.
Ale jednak z Mefisto byliśmy na różnych filmach.
16-01-2015, 21:58 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 16-01-2015, 22:04 przez Paszczak.)





