Zasadniczym problemem Nolana jest jego NIEKONSEKWENCJA i Interstellar jest jej kolejnym przykładem.
Gdyby to było surowe, realistyczne sci-fi, to ja naprawdę kupiłbym te zwyczajne planety. Ale patrzę na ten film przez pryzmat jego finału z hipersześcianem, pokonywaniem czasu i totalną fantastyką. Abstrahując od tego jak oceniamy trzeci akt, to - uwaga! - jako jedyny z całego filmu prezentuje on jakieś pomysły, jakąś wizję, koncept, tak wizualny, jak i fabularny. Pytanie - jaki obraz kosmosu bardziej pasuje do finału tego filmu: nolanowski, czy może ten drugi, który widać na stronach NASA?
To samo tyczy się Incepcji, której odwróconą wersją jest Interstellar - tam najpierw mieliśmy zachwyt nad zwijanym miastem i możliwościami, jakie przedstawia nam film, po czym - z wyjątkiem bójki w hotelowym korytarzu - dostaliśmy najbardziej banalne, do tego nakręcone bez werwy strzelaniny i pościgi. I znowu ta sama sytuacja co w Interstellar - większość filmu jest nudna i surowa, a jednak większość widzów najbardziej pamięta te fantastyczne, odjechane sekwencje i to ich chciałoby więcej. Hmm, ciekawe dlaczego?
Czy nie o tym rozmawialiśmy kilka lat temu przy okazji Mrocznego Rycerza? O otoczce rodem z filmu Michaela Manna i kryjących się pod nią bzdurach, dziurach fabularnych i - o zgrozo dla Nolana! - komiksie, który chciał zdusić do tego stopnia, że ostatecznie zamiast Gotham po prostu zaczął pokazywać nam Nowy Jork udając, że wcale nie robi filmu komiksowego?
To już kolejny obraz, w którym Nolan celowo ucieka przed potencjałem swojego własnego filmu, stara się ukryć to, co w nim potencjalnie najciekawsze, na pierwszym planie stawiając to, co niektórzy nazywają stylem, a co coraz więcej ludzi określa po prostu nudą. Co ten facet chce przez to osiągnąć?
Gdyby to było surowe, realistyczne sci-fi, to ja naprawdę kupiłbym te zwyczajne planety. Ale patrzę na ten film przez pryzmat jego finału z hipersześcianem, pokonywaniem czasu i totalną fantastyką. Abstrahując od tego jak oceniamy trzeci akt, to - uwaga! - jako jedyny z całego filmu prezentuje on jakieś pomysły, jakąś wizję, koncept, tak wizualny, jak i fabularny. Pytanie - jaki obraz kosmosu bardziej pasuje do finału tego filmu: nolanowski, czy może ten drugi, który widać na stronach NASA?
To samo tyczy się Incepcji, której odwróconą wersją jest Interstellar - tam najpierw mieliśmy zachwyt nad zwijanym miastem i możliwościami, jakie przedstawia nam film, po czym - z wyjątkiem bójki w hotelowym korytarzu - dostaliśmy najbardziej banalne, do tego nakręcone bez werwy strzelaniny i pościgi. I znowu ta sama sytuacja co w Interstellar - większość filmu jest nudna i surowa, a jednak większość widzów najbardziej pamięta te fantastyczne, odjechane sekwencje i to ich chciałoby więcej. Hmm, ciekawe dlaczego?
Czy nie o tym rozmawialiśmy kilka lat temu przy okazji Mrocznego Rycerza? O otoczce rodem z filmu Michaela Manna i kryjących się pod nią bzdurach, dziurach fabularnych i - o zgrozo dla Nolana! - komiksie, który chciał zdusić do tego stopnia, że ostatecznie zamiast Gotham po prostu zaczął pokazywać nam Nowy Jork udając, że wcale nie robi filmu komiksowego?
To już kolejny obraz, w którym Nolan celowo ucieka przed potencjałem swojego własnego filmu, stara się ukryć to, co w nim potencjalnie najciekawsze, na pierwszym planie stawiając to, co niektórzy nazywają stylem, a co coraz więcej ludzi określa po prostu nudą. Co ten facet chce przez to osiągnąć?
17-01-2015, 02:35 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17-01-2015, 02:36 przez Mierzwiak.)





