Protagonista - pomysł jest podobny jak w Zapaśniku. Tam głównemu bohaterowi sie współczuje, bo chociaż wcześniej był egoistycznym dupkiem, teraz płaci za to wysoką cenę - dorabia w markecie, rodzina go opuściła, jest "starym, zniszczonym człowiekiem". I najbardziej zależy mu nie na powrocie do sławy, a na córce. Gość rozumie swoje winy i żałuje swoich błędów z przeszłości, nie myśli tylko o sobie.
Czuć tam cierpienia głównego bohatera, tym bardziej, że pokrywają się z życiem samego Mickey'ego Rourke'a.
W Birdmanie protagonista myśli głównie o sobie. On też zdradził żonę i był kiepskim ojcem. Nie spotkała go za to żadna kara, nie ma mu czego współczuć. Żona od niego odeszła, ale on sam nie sprawia wrażenia jakby go to bolało i nie zależy mu na jej powrocie. Córka przy nim została a on sam nie czuje się zbytnio winny. Myśli niemal całkowicie o swojej sztuce, wahając się między tym, czy woli być sławny i zarabiać krocie, czy być wielkim artystą. Nie ma dramatu osoby, nie ma mu czego współczuć.
A że do końca pozostaje taką nie do końca zdecydowaną pierdołą, która myśli niemal tylko o sobie, to i wzbudza znacznie mniej sympatii niż postać Mickey'ego Rourke'a w Zapaśniku.
Konflikt jest zarysowany słabo. Riggan chce być wielki ale presja jaką odczuwa ogranicza się do nerwowości przed występem, a potem praktycznie spadającej z nieba próby samobójczej. Wynikającej nie z narastającej presji i marzenia, a z psychozy.
Rozmowy z człowiekiem ptakiem sprowadzają się do fajnego ale nieśmiesznego comic reliefu.
Nie widzimy też by ciężko pracował na bycie wielkim artystą. W "Whiplash" główny bohater wypruwa sobie flaki by być kimś wielkim i tym bardziej dlatego można mu kibicować.
O Rigganie nie wiemy, czy ciężko pracował - jego myśli ograniczają się do "czy ja jestem geniuszem czy nie". Więcej tu próżności i arogancji (zgodnie z podtytułem zresztą).
No to już protagonista nie spełnia do końca założeń. Nie wciąga widza jako postać, nie angażuje emocjonalnie w jego historię.
Efekt jest jeszcze powiększony przez irytujący soundtrack grany niemal wyłącznie na perkusji, służący do budowania chaosu - wpasowuje się w klimat, ale nie służy prowadzeniu opowieści (muzyka potrafi bardzo zwiększać napięcie albo emocje) i tym bardziej może być odrzucający.
Kto by tam potrzebował melodii.
Rozpraszająca jest wielowątkowość, chaos w scenariuszu, przeskakiwanie z postaci na postać i brak "character arc" albo "payoff" - wątki się urywają.
Widz ma jeszcze większy problem z wciągnięciem się w opowiadaną historię i gdyby nie fenomenalna robota Lubezkiego z jednym ciągłym ujęciem plus charyzma i warsztat aktorski duetu Keaton-Norton, to byłby znużony.
Tu się pojawia argument "character arc i payoff to zbędne rekwizyty z podręcznika dla scenarzystów". A ja bym powiedział, że to bardzo dobre, wypracowane przez lata metody. Nie każdy film ich potrzebuje, ale wtedy trzeba innych metod do prowadzenia opowieści - sama praca kamery i aktorstwo to dla mnie nieco zbyt mało.
Film skupia się sam na sobie, zamiast na tym jakby tu prostymi trikami wciągnąć widza, zbudować napięcie, emocje i sympatię wobec protagonisty.
Najczęściej "Birdmana" klasyfikuje się jako czarną komedię. Przydałyby się jakieś gagi, żarty, po prostu zabawne sceny. Nie zaśmiałem się ani razu.
Zostaje puenta, treść, przesłanie. W tej mieszance, w całym tym chaosie nawrzucano zbyt wiele motywów, żebym mógł zastanowić się nad jedną kwestią. Czy chodzi o konflikt sztuki z komercją? Strasznie to ogólnikowe. O niepewność, brak poczucia bezpieczeństwa, izolację? Znowu, mało konkretnie.
Nie dostrzegam tu głębi. Dla mnie to interesujący od strony realizacyjnej, wizualnie oszałamiający, fajny film rozrywkowy. Który gdzieś po drodze zapomniał o widzu i historii jaką właściwie chce opowiedzieć. Tak jakby czterej twórcy scenariusza nawrzucali za dużo pomysłów i zabrakło jednego wspólnego kierunku.
Czyli byłoby 6/10, ale podbijam o dwa punkty za spektakularną pracę Lubezkiego i punkt za Keatona z Nortonem.
A tu macie minireckę jednego z najbardziej szanowanych na świecie krytyków filmowych, którego opinia pokrywa się z moją:
http://blogs.indiewire.com/leonardmaltin/birdman-or-the-unexpected-virtue-of-ignorance-20141017
I druga, bardziej krytyczna od mojej, choć z większością argumentów się zgadzam:
http://www.film.com/movies/review-birdman
Czuć tam cierpienia głównego bohatera, tym bardziej, że pokrywają się z życiem samego Mickey'ego Rourke'a.
W Birdmanie protagonista myśli głównie o sobie. On też zdradził żonę i był kiepskim ojcem. Nie spotkała go za to żadna kara, nie ma mu czego współczuć. Żona od niego odeszła, ale on sam nie sprawia wrażenia jakby go to bolało i nie zależy mu na jej powrocie. Córka przy nim została a on sam nie czuje się zbytnio winny. Myśli niemal całkowicie o swojej sztuce, wahając się między tym, czy woli być sławny i zarabiać krocie, czy być wielkim artystą. Nie ma dramatu osoby, nie ma mu czego współczuć.
A że do końca pozostaje taką nie do końca zdecydowaną pierdołą, która myśli niemal tylko o sobie, to i wzbudza znacznie mniej sympatii niż postać Mickey'ego Rourke'a w Zapaśniku.
Konflikt jest zarysowany słabo. Riggan chce być wielki ale presja jaką odczuwa ogranicza się do nerwowości przed występem, a potem praktycznie spadającej z nieba próby samobójczej. Wynikającej nie z narastającej presji i marzenia, a z psychozy.
Rozmowy z człowiekiem ptakiem sprowadzają się do fajnego ale nieśmiesznego comic reliefu.
Nie widzimy też by ciężko pracował na bycie wielkim artystą. W "Whiplash" główny bohater wypruwa sobie flaki by być kimś wielkim i tym bardziej dlatego można mu kibicować.
O Rigganie nie wiemy, czy ciężko pracował - jego myśli ograniczają się do "czy ja jestem geniuszem czy nie". Więcej tu próżności i arogancji (zgodnie z podtytułem zresztą).
No to już protagonista nie spełnia do końca założeń. Nie wciąga widza jako postać, nie angażuje emocjonalnie w jego historię.
Efekt jest jeszcze powiększony przez irytujący soundtrack grany niemal wyłącznie na perkusji, służący do budowania chaosu - wpasowuje się w klimat, ale nie służy prowadzeniu opowieści (muzyka potrafi bardzo zwiększać napięcie albo emocje) i tym bardziej może być odrzucający.
Kto by tam potrzebował melodii.
Rozpraszająca jest wielowątkowość, chaos w scenariuszu, przeskakiwanie z postaci na postać i brak "character arc" albo "payoff" - wątki się urywają.
Widz ma jeszcze większy problem z wciągnięciem się w opowiadaną historię i gdyby nie fenomenalna robota Lubezkiego z jednym ciągłym ujęciem plus charyzma i warsztat aktorski duetu Keaton-Norton, to byłby znużony.
Tu się pojawia argument "character arc i payoff to zbędne rekwizyty z podręcznika dla scenarzystów". A ja bym powiedział, że to bardzo dobre, wypracowane przez lata metody. Nie każdy film ich potrzebuje, ale wtedy trzeba innych metod do prowadzenia opowieści - sama praca kamery i aktorstwo to dla mnie nieco zbyt mało.
Film skupia się sam na sobie, zamiast na tym jakby tu prostymi trikami wciągnąć widza, zbudować napięcie, emocje i sympatię wobec protagonisty.
Najczęściej "Birdmana" klasyfikuje się jako czarną komedię. Przydałyby się jakieś gagi, żarty, po prostu zabawne sceny. Nie zaśmiałem się ani razu.
Zostaje puenta, treść, przesłanie. W tej mieszance, w całym tym chaosie nawrzucano zbyt wiele motywów, żebym mógł zastanowić się nad jedną kwestią. Czy chodzi o konflikt sztuki z komercją? Strasznie to ogólnikowe. O niepewność, brak poczucia bezpieczeństwa, izolację? Znowu, mało konkretnie.
Nie dostrzegam tu głębi. Dla mnie to interesujący od strony realizacyjnej, wizualnie oszałamiający, fajny film rozrywkowy. Który gdzieś po drodze zapomniał o widzu i historii jaką właściwie chce opowiedzieć. Tak jakby czterej twórcy scenariusza nawrzucali za dużo pomysłów i zabrakło jednego wspólnego kierunku.
Czyli byłoby 6/10, ale podbijam o dwa punkty za spektakularną pracę Lubezkiego i punkt za Keatona z Nortonem.
A tu macie minireckę jednego z najbardziej szanowanych na świecie krytyków filmowych, którego opinia pokrywa się z moją:
http://blogs.indiewire.com/leonardmaltin/birdman-or-the-unexpected-virtue-of-ignorance-20141017
I druga, bardziej krytyczna od mojej, choć z większością argumentów się zgadzam:
http://www.film.com/movies/review-birdman
13-02-2015, 21:03





