Ech. Mam problem z tym filmem.
Wczoraj skończyłem czytać książkę, dziś obejrzałem film. Sprawa wygląda następująco: gdybym mógł pogadać z Fincherem i ośmieliłbym się udzielić mu rady w sprawie jego kariery to bym powiedział, żeby przestał robić adaptacje dobrych/bardzo dobrych książek i zrobił oryginalny scenariusz LUB adaptację jakiegoś wyjątkowo przeciętnego czytadła.
Problem z Gone Girl jest taki, że to jest za dobra książka by powstał z niej równie dobry film. Wszystkie wątki - tak potrzebne dla właściwego odebrania całości -, postacie, cały plan Amy i wszystkie jego reperkusje: tego po prostu nie da się przedstawić w 2 i pół-godzinnym filmie tak, żeby ludzie na forach nie zaczęli wytykać temu filmowi miliona dziur scenariuszowych. Dzieło Finchera muszę zobaczyć jeszcze raz - za dużo w głowie z powieści miałem, żeby móc go obiektywnie ocenić po jednym seansie, desjudi niestety miał rację - ale te dziury najpewniej tam są, no nie da się ukryć. W filmie będzie zawsze mniej rzeczy niż w książce, ale ponieważ jest ich mniej to tworzą one cały nowy zestaw zmiennych, które trzeba umiejętnie połączyć. Nie jestem przekonany czy Fincherowi się to udało.
Aha, jeśli chodzi o jedną z fabularnych nieścisłości, o które się tu czepiacie: kamery w domu Desiego pokazywały jedynie zewnętrze i wejście do jego posiadłości. Na pewno nie było ich w sypialni więc policja nie miała jak odkryć tego, co zrobiła Amy. Zresztą jest nawet scena jak Amy patrzy na obraz z kamer i analizuje gdzie ma czyste pole działania
Jeśli chodzi o wydźwięk całości: teoretycznie film zachowuje ducha powieści i widać, że Fincher podszedł do materiału źródłowego z szacunkiem, ale jednak postanowił zmienić jego wymowę w drugiej części filmu - decydując się właśnie na omawianą tu szeroko satyrę. Bo to jest satyra. W książce tego nie ma. Książka jest realistyczna; film - satyryczny, cierpki, gorzki; w książce Flynn położyła duży nacisk na to, żeby cały plan Amy i jej osobowość NAPRAWDĘ trzymały się kupy; w filmie Fincher nie tyle to olał, ile po prostu zrobił, co mógł by historia się nie rozlatywała i skupił się na czymś innym; książka sprawia wrażenie prawdziwie zaangażowanej, silącej się na głębię, smutnej i wiarygodnej; w filmie trochę tego mamy, ale potem jest scena zabicia Desiego (w powieści nawet nie pokazana i o wiele mniej dramatyczna) i prysznic z Amy zmywającą z siebie krew. To jest ciekawy trick i szacun dla Finchera, że zdecydował się na coś tak nietypowego, ale sorry - mistrzem ciętej satyry to on nie jest i nigdy nie będzie.
Tonacyjnie Gone Girl przypomina mi trochę niedawne Side Effects Soderbergha, nawet reżyseria trochę podobna. Chociaż GG jest chyba trochę lepsze.
Aktorsko film mnie nie powalił - obsada solidna, ale bez fajerwerków. Rosamund fajowa, ale cały film gra na jednej nucie. I niestety Ben Affleck drażnił mnie okrutnie; jeśli nawet Fincher ze swoim zwyczajem kręcenia 50 albo 60 dubli do każdej sceny nie potrafił z niego wyciągnąć aktorskiej ekstraklasy to chyba już nikt tego nie zrobi. Inna sprawa, że to nie jest rola wymagająca nie wiem jakiego talentu.
Zdjęcia jak zwykle śliczne, czasem nawet boleśnie śliczne. Ja nie wiem skąd David bierze ten talent kuhwa. Wrażenia miałem podobne co przy Girl With The Dragon Tattoo, tam też na te kadry mogłem po prostu patrzeć i byłem szczęśliwy. Żałuję, że nie zobaczyłem GG na wielkim ekranie, pewnie zrobiłoby jeszcze większe wrażenie.
A jednak... Mental tu wcześniej napisał, że styl Finchera robi się ostatnio zbyt perfekcyjny, zbyt laboratoryjny. I niestety muszę się z nim zgodzić. Jak na mój gust, w ostatnich filmach Davida (bo przy Dziewczynie też) za mało jest po prostu mięcha, krwi i naturalności; a za dużo wyrachowania, sterylności, szklanej jakby precyzji w doborze kadrów i kątów padania kamery. Wkurzające to jest bo odbiera tym historiom dramatyzmu i intensywności
Wszystko jest takie dokładne i tak szybko się dzieje, jak w zegarku. A to przecież nie o to chodzi...
Anyway, film mi się podobał, ale by wystawić notę muszę go zobaczyć jeszcze raz, już z czystą głową. Jak mówię, szacun dla Finchera za nietypowe podejście do tematu i za jak zwykle genialny wprost umysł inscenizacyjny, ale zdania nie zmieniam: Gone Girl to za dobra książka na adaptację filmową, po prostu. Nie arcydzieło, w żadnym razie, ale po prostu bardzo dobra powieść. Może jako miniserial by się sprawdziła, ale film? No nie ma bata. Najgorsze jest to, że w porównaniu z powieścią wszystkie postacie z filmu wydają się jakieś takie... niedorobione, wymoczkowate. Pierwowzory były wiarygodne, bo miały bardzo dokładną nadbudowę psychologiczną. W filmie, ze względów oczywistych, tego nie ma. Zabrakło mi np. szerszego spojrzenia na rodziców Amy, którzy dla historii są BARDZO ważni, a w filmie pojawiają się ledwie w paru scenach...
No to się mylisz, bo Fincher chyba w każdym wywiadzie podkreśla, że jego film to satyra
Co do książki się zgodzę - książka nie jest satyrą tylko realistyczną historią.
Dlaczego Ci się nie podobało zakończenie? Ja jestem zakończeniem - zarówno jednym jak i drugim - zachwycony
Bo idzie właśnie pod prąd. Ale nie martw się, nie jesteś sam - Gillian mówiła w wywiadach, że niektórzy ludzie stoją do niej w kolejce po 30 minut tylko po to, żeby powiedzieć jak im się nie podobało zakończenie 
PS. Jestem zdziwiony, że nikt w tym wątku jeszcze nie poruszył kwestii pojawiającego się na sekundę w filmie penisa Bena Afflecka
PPS. Ta Emily Ratajkowski, ech
Wczoraj skończyłem czytać książkę, dziś obejrzałem film. Sprawa wygląda następująco: gdybym mógł pogadać z Fincherem i ośmieliłbym się udzielić mu rady w sprawie jego kariery to bym powiedział, żeby przestał robić adaptacje dobrych/bardzo dobrych książek i zrobił oryginalny scenariusz LUB adaptację jakiegoś wyjątkowo przeciętnego czytadła.
Problem z Gone Girl jest taki, że to jest za dobra książka by powstał z niej równie dobry film. Wszystkie wątki - tak potrzebne dla właściwego odebrania całości -, postacie, cały plan Amy i wszystkie jego reperkusje: tego po prostu nie da się przedstawić w 2 i pół-godzinnym filmie tak, żeby ludzie na forach nie zaczęli wytykać temu filmowi miliona dziur scenariuszowych. Dzieło Finchera muszę zobaczyć jeszcze raz - za dużo w głowie z powieści miałem, żeby móc go obiektywnie ocenić po jednym seansie, desjudi niestety miał rację - ale te dziury najpewniej tam są, no nie da się ukryć. W filmie będzie zawsze mniej rzeczy niż w książce, ale ponieważ jest ich mniej to tworzą one cały nowy zestaw zmiennych, które trzeba umiejętnie połączyć. Nie jestem przekonany czy Fincherowi się to udało.
Aha, jeśli chodzi o jedną z fabularnych nieścisłości, o które się tu czepiacie: kamery w domu Desiego pokazywały jedynie zewnętrze i wejście do jego posiadłości. Na pewno nie było ich w sypialni więc policja nie miała jak odkryć tego, co zrobiła Amy. Zresztą jest nawet scena jak Amy patrzy na obraz z kamer i analizuje gdzie ma czyste pole działania

Jeśli chodzi o wydźwięk całości: teoretycznie film zachowuje ducha powieści i widać, że Fincher podszedł do materiału źródłowego z szacunkiem, ale jednak postanowił zmienić jego wymowę w drugiej części filmu - decydując się właśnie na omawianą tu szeroko satyrę. Bo to jest satyra. W książce tego nie ma. Książka jest realistyczna; film - satyryczny, cierpki, gorzki; w książce Flynn położyła duży nacisk na to, żeby cały plan Amy i jej osobowość NAPRAWDĘ trzymały się kupy; w filmie Fincher nie tyle to olał, ile po prostu zrobił, co mógł by historia się nie rozlatywała i skupił się na czymś innym; książka sprawia wrażenie prawdziwie zaangażowanej, silącej się na głębię, smutnej i wiarygodnej; w filmie trochę tego mamy, ale potem jest scena zabicia Desiego (w powieści nawet nie pokazana i o wiele mniej dramatyczna) i prysznic z Amy zmywającą z siebie krew. To jest ciekawy trick i szacun dla Finchera, że zdecydował się na coś tak nietypowego, ale sorry - mistrzem ciętej satyry to on nie jest i nigdy nie będzie.
Tonacyjnie Gone Girl przypomina mi trochę niedawne Side Effects Soderbergha, nawet reżyseria trochę podobna. Chociaż GG jest chyba trochę lepsze.
Aktorsko film mnie nie powalił - obsada solidna, ale bez fajerwerków. Rosamund fajowa, ale cały film gra na jednej nucie. I niestety Ben Affleck drażnił mnie okrutnie; jeśli nawet Fincher ze swoim zwyczajem kręcenia 50 albo 60 dubli do każdej sceny nie potrafił z niego wyciągnąć aktorskiej ekstraklasy to chyba już nikt tego nie zrobi. Inna sprawa, że to nie jest rola wymagająca nie wiem jakiego talentu.
Zdjęcia jak zwykle śliczne, czasem nawet boleśnie śliczne. Ja nie wiem skąd David bierze ten talent kuhwa. Wrażenia miałem podobne co przy Girl With The Dragon Tattoo, tam też na te kadry mogłem po prostu patrzeć i byłem szczęśliwy. Żałuję, że nie zobaczyłem GG na wielkim ekranie, pewnie zrobiłoby jeszcze większe wrażenie.
A jednak... Mental tu wcześniej napisał, że styl Finchera robi się ostatnio zbyt perfekcyjny, zbyt laboratoryjny. I niestety muszę się z nim zgodzić. Jak na mój gust, w ostatnich filmach Davida (bo przy Dziewczynie też) za mało jest po prostu mięcha, krwi i naturalności; a za dużo wyrachowania, sterylności, szklanej jakby precyzji w doborze kadrów i kątów padania kamery. Wkurzające to jest bo odbiera tym historiom dramatyzmu i intensywności
Wszystko jest takie dokładne i tak szybko się dzieje, jak w zegarku. A to przecież nie o to chodzi...Anyway, film mi się podobał, ale by wystawić notę muszę go zobaczyć jeszcze raz, już z czystą głową. Jak mówię, szacun dla Finchera za nietypowe podejście do tematu i za jak zwykle genialny wprost umysł inscenizacyjny, ale zdania nie zmieniam: Gone Girl to za dobra książka na adaptację filmową, po prostu. Nie arcydzieło, w żadnym razie, ale po prostu bardzo dobra powieść. Może jako miniserial by się sprawdziła, ale film? No nie ma bata. Najgorsze jest to, że w porównaniu z powieścią wszystkie postacie z filmu wydają się jakieś takie... niedorobione, wymoczkowate. Pierwowzory były wiarygodne, bo miały bardzo dokładną nadbudowę psychologiczną. W filmie, ze względów oczywistych, tego nie ma. Zabrakło mi np. szerszego spojrzenia na rodziców Amy, którzy dla historii są BARDZO ważni, a w filmie pojawiają się ledwie w paru scenach...
(24-01-2015, 13:30)Martinipl napisał(a): Będę stać na swoim stanowisku, że film (jak i książka) nie są satyrą.
No to się mylisz, bo Fincher chyba w każdym wywiadzie podkreśla, że jego film to satyra
Co do książki się zgodzę - książka nie jest satyrą tylko realistyczną historią.Dlaczego Ci się nie podobało zakończenie? Ja jestem zakończeniem - zarówno jednym jak i drugim - zachwycony
Bo idzie właśnie pod prąd. Ale nie martw się, nie jesteś sam - Gillian mówiła w wywiadach, że niektórzy ludzie stoją do niej w kolejce po 30 minut tylko po to, żeby powiedzieć jak im się nie podobało zakończenie 
PS. Jestem zdziwiony, że nikt w tym wątku jeszcze nie poruszył kwestii pojawiającego się na sekundę w filmie penisa Bena Afflecka

PPS. Ta Emily Ratajkowski, ech
14-02-2015, 07:46 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14-02-2015, 07:51 przez Rodia.)





