Atertraffen (2013)
Pierwsza połowa nie może wybrzmieć odpowiednio poprzez zastosowane skróty. Narastające emocje, spadające po kolei maski, powrót traum i dziecięcych zachowań- to wszystko mogłoby zadziałać w dłuższym metrażu ze stopniowanym napięciem i nie tak monotematyczną bohaterką. Tutaj sprawia wrażenie odhaczania niezbędnych scen i wątków które trafiają kulą w płot za sprawą słabego, skrótowego scenariusza. Druga połowa, utrzymana w konwencji mockumentary traci największy dotychczasowy atut, czyli wrażenie autentyczności przeżyć bohaterki którą jest reżyserka i zarazem scenarzystka grająca samą siebie. Razem z aktorami grającymi w pierwszej części Odell odwiedza swoich byłych szkolnych kolegów, granych przez innych aktorów, często oglądając z nimi już gotowy film. Z takiej ruskiej matrioszki nie da się wykrzesać prawdziwych emocji.
Zresztą odwiedza to zbyt dyplomatyczne słowo, ona nęka telefonami, wpycha się nieproszona do domu i do pracy domagając się rozmowy i uwagi. ONA jest najważniejsza, to JEJ artystyczne ego staje się gwoździem do trumny do tego filmu. Ma pretensje już nie tylko o brak chęci rozmowy po 20 latach nieobecności, ale nawet uważa za formy prześladowania nie tylko przemoc fizyczną i psychiczną, ale także zwyczajne unikanie jej osoby w szkole. Bo wszyscy MUSZĄ utrzymywać z nią przynajmniej grzecznościową interakcję, ale chwilę potem naśmiewa się ona z tych którzy starali się utrzymywać z nią grzecznościową interakcję. Tak właśnie myśli pani reżyser, to właśnie sprawia, że finałowy gość spod klatki schodowej wcale nie wydaje się takim bucem. Zmarnowany potencjał.
4/10
Pierwsza połowa nie może wybrzmieć odpowiednio poprzez zastosowane skróty. Narastające emocje, spadające po kolei maski, powrót traum i dziecięcych zachowań- to wszystko mogłoby zadziałać w dłuższym metrażu ze stopniowanym napięciem i nie tak monotematyczną bohaterką. Tutaj sprawia wrażenie odhaczania niezbędnych scen i wątków które trafiają kulą w płot za sprawą słabego, skrótowego scenariusza. Druga połowa, utrzymana w konwencji mockumentary traci największy dotychczasowy atut, czyli wrażenie autentyczności przeżyć bohaterki którą jest reżyserka i zarazem scenarzystka grająca samą siebie. Razem z aktorami grającymi w pierwszej części Odell odwiedza swoich byłych szkolnych kolegów, granych przez innych aktorów, często oglądając z nimi już gotowy film. Z takiej ruskiej matrioszki nie da się wykrzesać prawdziwych emocji.
Zresztą odwiedza to zbyt dyplomatyczne słowo, ona nęka telefonami, wpycha się nieproszona do domu i do pracy domagając się rozmowy i uwagi. ONA jest najważniejsza, to JEJ artystyczne ego staje się gwoździem do trumny do tego filmu. Ma pretensje już nie tylko o brak chęci rozmowy po 20 latach nieobecności, ale nawet uważa za formy prześladowania nie tylko przemoc fizyczną i psychiczną, ale także zwyczajne unikanie jej osoby w szkole. Bo wszyscy MUSZĄ utrzymywać z nią przynajmniej grzecznościową interakcję, ale chwilę potem naśmiewa się ona z tych którzy starali się utrzymywać z nią grzecznościową interakcję. Tak właśnie myśli pani reżyser, to właśnie sprawia, że finałowy gość spod klatki schodowej wcale nie wydaje się takim bucem. Zmarnowany potencjał.
4/10
23-06-2015, 18:44 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23-06-2015, 18:54 przez Szaman.)





