50/50
Zaczyna się raczej niespecjalnie, jak typowa hollywodzka obyczajówka na watch and forget, prowadzona schematycznie nie będąc przy tym jakoś szczególnie interesująca i wrzucająca Setha Rogena na obligatoryjne "bros before hoes". Ale gdy film dochodzi do momentu, w którym choroba głównego bohatera daje o sobie znać w poważniejszy sposób, scenariusz w końcu pokazuje pewne wyczucie i niesztampowość, podchodząc do tematu życia z rakiem, w sposób wyważony, zabawny i niebanalny (nawet jeżeli nie podając niczego odkrywczego). Nie ma tu jakichś druzgocących refleksji na temat radzenia sobie z brzemieniem śmiertelnej choroby, które wyróżniłyby ten film na tle podobnych mu tytułów, jest za to sporo momentów, które wydają się po prostu sensowne, zyciowe, łapiące za serducho bez przerysowania czy melodramatu.
Trzy nowotwory na pięć.
Zaczyna się raczej niespecjalnie, jak typowa hollywodzka obyczajówka na watch and forget, prowadzona schematycznie nie będąc przy tym jakoś szczególnie interesująca i wrzucająca Setha Rogena na obligatoryjne "bros before hoes". Ale gdy film dochodzi do momentu, w którym choroba głównego bohatera daje o sobie znać w poważniejszy sposób, scenariusz w końcu pokazuje pewne wyczucie i niesztampowość, podchodząc do tematu życia z rakiem, w sposób wyważony, zabawny i niebanalny (nawet jeżeli nie podając niczego odkrywczego). Nie ma tu jakichś druzgocących refleksji na temat radzenia sobie z brzemieniem śmiertelnej choroby, które wyróżniłyby ten film na tle podobnych mu tytułów, jest za to sporo momentów, które wydają się po prostu sensowne, zyciowe, łapiące za serducho bez przerysowania czy melodramatu.
Trzy nowotwory na pięć.
Fuck the cavalry and the committee that recieves 'em.
06-10-2015, 07:47





