(09-11-2015, 16:27)LelekPL napisał(a): Ja oceniam filmy głównie pod względem tego jak dobrze się na nich bawiłem. Przez zabawę nie mam tylko na myśli komedii i jak bardzo się naśmiałem. Ja się dobrze bawię, kiedy na filmie mogę pomyśleć, popłakać czy podziwiać czy nawet się przestraszyć. Ogólnie muszę wyciągnąć z tego jakąś przyjemność.
Wykorzystam tego posta (chociaż wiele osób pisało wcześniej to samo), żeby poddać pod rozwagę jeszcze inną kwestię - czy aby na pewno "zabawa" i "przyjemność" jest tym, na czym twórcom danego filmu w każdym przypadku zależy? Tak się teraz głośno zastanawiam i sam nie jestem pewny, ale czy przypadkiem w niektórych filmach przyjemność widza z oglądania jest z założenia czymś niepożądanym? Podobnie, w innych dziedzinach sztuki, artysta może totalnie nie celować w wywoływanie przyjemności. Tak z kapelusza wyciągnę przykład dokumentu, traktującego o jakiejś obrzydliwej zbrodni - taki film może być wybitnie dobry i mógłbym go docenić nawet gdyby chciało mi się rzygać przez pół seansu;) Na pewno nie powiedziałbym potem, że na filmie "świetnie się bawiłem" i być może nie chciałbym go już nigdy więcej widzieć.
Kolejne pytanie otwarte: czy oczekiwania odnośnie tego jakie emocje film powinien wywołać, rzutują na to jak postrzegamy (źle czy dobrze) wywołanie emocji jakich faktycznie doznaliśmy? Wiadomo, że jak spodziewamy się napić wina, a w butelce będzie mleko, to możemy nawet mieć odruch wymiotny, chociaż w mleku nie ma nic złego i normalnie je lubimy. Zastanawiam się jak to jest ze sztuką i czy przypadkiem nie jest tak, że najpierw sami powinniśmy być w danym nastroju emocjonalnym, aby pewne typy kina należycie zinterpretować i docenić.
Zaznaczam dla ewentualnych niekumatych (nikogo konkretnego nie wskazuję...), że powyższe nie jest polemiką z cytowanym kolegą, a jedynie luźnym przemyśleniem.
10-11-2015, 00:05





