![[Obrazek: rocky-balboa.jpg]](http://www.globocase.com/uploads/foto/notizie-immobiliari/3/rocky-balboa.jpg)
Po dzisiejszej powtórce nie mogę uwierzyć, że w dzieciństwie to Rocky II był moją ulubioną częścią. Kiedyś nie dostrzegałem jaka przepaść dzieli sequel od oryginału.
Od początku.
Z jednej strony bardzo fajnie, że film zaczyna się najlepszą sceną pierwszej części - 14 rundą walki Rocky'ego z Apollem - z drugiej - 5 minut to za dużo, no i jest to najlepsze co film ma do zaoferowania przez pierwszych 85! Co jest dalej? Rozciągnięty do granic możliwości dramat o dalszych losach włoskiego ogiera i jego świeżo poślubionej nieśmiałki - nudniejszy, niewciągający, niezawierający nawet jednej tak pamiętnej sceny jak kłótnia Rocky'ego z Mickeym. W pewnym momencie złapałem się na tym, że sprawdzam godzinę, tak bardzo odechciewa się oglądać/ chce się to przewinąć.
I wtedy, po blisko 1,5h sensu, następuje dramatyczna zmiana. Leżąca w szpitalu Adrian mówi do głównego bohatera "Wygraj" i wybija gong. Pierwszy gong utworu "Going the distance" - jakiś geniusz musiał wpaść na pomysł, żeby zmontować pod niego nowy training montage. Później Rocky ponownie biega, z tym że najsłynniejszy utwór filmów o Rockym - "Gonna Fly Now" - ma teraz dziecięcy chór, a za Rockym biegnie tłum, co podnosi emocje do kolosalnych rozmiarów. Treningi w tej części są lepsze niż w oryginale i jeszcze bardziej motywujące!
Finał to typowe dla tej serii mordobicie, zero gardy, zero realizmu. Ale zmontowane to fajnie, nowa muzyka Billa Contiego robi swoją robotę, no i ostatnia runda... kiedy Rocky i Apollo upadają, zachowuje się tak jak Paulie i Adrian oglądający to w telewizorze - wstaje z miejsca, krzyczę, kibicuje Rocky'emu. Kiedy wygrywa skaczę z radości. Końcowe
...jest wyciskającą łzy szczęścia wisienką na torcie. Ostatnie 35 minut tego filmu to coś wspaniałego, niewiele ustępujące oryginałowi, a czasami nawet bardziej od niego emocjonujące. Za te 35 minut, naciągane (z sentymentu)
8/10
PS Postać Gazzo całkowicie zbędna.
24-12-2015, 01:14





