W moim odczuciu wasze argumenty, że to film/zajawka dla IRCowców, są nie do przebicia, bo po prostu nie wiem co odpisać. Brzmi to: "Skoro podoba Ci się Matrix to jesteś pewnie głupi jakiś" Co to jest onet jakiś czy co? Brak mi słów. Co mogę na takie coś odpowiedzieć?
Tego, że Chan to przemistrz i jego walki są relistyczniejsze (chociaż dla mnie to czasami jest s-f, kiedy pomyślę, że sam miałbym coś takiego zrobić) i ich widowiskowość to tylko i wyłącznie zasługa jego niesamowitych umiejętności, nie musicie mi mówić. Chan biega po ścianach, wskakuje między szceble drabin, walczy wszsytkim co ma itd itd- zawsze przecieram oczy jak to oglądam.
Co podoba mi się w Matrixie? Najazdy kamery na bohaterów podczas walk, zbliżenia i ogólnie ciekawa choreografia. Wpływ linek oczywiście widać, ale wpisuję to w konwencję- w końcu oni łamią zasady fizyki w Matrixie. W świecie realym nikt nie walczył wręcz w tym filmie. Oglądając ten film mam wrażenie, że np. Neo przełamuje kolejne bariery walcząc ze Smithem, najpierw blokując jego ciosy, później atakując, aż w końcu podporządkowuje sobie Matrix. Ten film nie wymagał, żeby walki były takim niesamowitym baletem w stylu Chana. To miało być kung-fu dla ubogich- kung-fu efekciarskie, hollywodzkie, wzbudzające emocje, choć niekoniecznie realistyczne czy ultraszybkie. Ich celem nie było konkurowanie z Chanem. Nie wiem czy tego nie widzicie?
Dziwi mnie to, że nagle na tym forum nie lubią Matrixa. Wszycy uznają to jednogłośnie za szambo jakiego świat nie widział. Kiedy ten film trafił do kin wszędzie słyszałem ochy i achy na jego temat, sam zobaczyłem go dopiero na VHS i dołączyłem się do tych zachwytów. Musimy sobie powidzieć szczerze, że wcześniej nie było takiego filmu- nieważne czy uważamy go tylko za płytkie widowisko pełne migających kolorków. Ludzi oczarowała wizja Wachowskich. Jednak dziś, kiedy co drugi film jest wizualną kalką Matrixa, kiedy przełomowść efektu bullet-time zniknęła gdzieś pośród kolejnych nieudolnych, wepchanych na siłę kopii (bo przecież każdy musi być cool i chce pokazać pędzące kule, chociaż wiadomo, że co zdolniejszy amator może to zrobić na swoim komputerze w domu), trendy jest mówić: "Matrix to gówno. Mnie nigdy nie bawił ten prostacki filmik. Tylko zapryszczeni nastolatkowie zachwycają się tymi pomyjami. FX w tym filmie to tylko i wyłącznie efekciarstwo niepotrzebne kinu". Kurde ludzie, czego wy wymagacie? Czepianie się tego filmu przypomina mi dyskusję o tym, czy Marty McFly mógł zrobić to czy tamto podczas swoich podróży i czy scenarzyści się gdzieś nie pomylili. Dla mnie Matrix jest i pozostanie klasykiem gatunku, który zajmuje swoje miejsce obok innych dzieł s-f, bo Matrix miał wielki wpływ na późniejsze kino s-f, tak jak Terminator (1 i 2), Alien(s), Star Wars (też jest trendy mówić, że to szlam, a większość z nas nie mogła odkleić nosów od ekranów, kiedy była jeszcze dziećmi i nie podchodziła tak analitycznie do kina rozrywkowego) itd.
A odnośnie GITS: nie lubię filmów przegadanych, a GITS ewidentnie taki jest. Oglądnąłem GITS 1 i 2, rozumiem je, zawarto w nich ciekawe przemyślenia, sceny akcji były efektowne (chociaż więcej emocji budziły we mnie te z GITS: Innocence), ale wciąż są ślamazarne, BladeRunneropodobne. Narracja w filmie nie może mnie usypiać i kilka fajnych scen nie uratuje u mnie całego obrazu. Jeśli GITS byłby książką, to przeczytałbym ją i pewnie uznałbym za dobrą, bo na pamierze takie coś wygląda inaczej i inaczej się to odbiera. Zbyt duże natężenie filozofii na ekranie telewizora wywołuje u mnie okresowe rozwarcie szczęki i w efekcie doprowadza do stanu nieprzytomności.
Tego, że Chan to przemistrz i jego walki są relistyczniejsze (chociaż dla mnie to czasami jest s-f, kiedy pomyślę, że sam miałbym coś takiego zrobić) i ich widowiskowość to tylko i wyłącznie zasługa jego niesamowitych umiejętności, nie musicie mi mówić. Chan biega po ścianach, wskakuje między szceble drabin, walczy wszsytkim co ma itd itd- zawsze przecieram oczy jak to oglądam.
Co podoba mi się w Matrixie? Najazdy kamery na bohaterów podczas walk, zbliżenia i ogólnie ciekawa choreografia. Wpływ linek oczywiście widać, ale wpisuję to w konwencję- w końcu oni łamią zasady fizyki w Matrixie. W świecie realym nikt nie walczył wręcz w tym filmie. Oglądając ten film mam wrażenie, że np. Neo przełamuje kolejne bariery walcząc ze Smithem, najpierw blokując jego ciosy, później atakując, aż w końcu podporządkowuje sobie Matrix. Ten film nie wymagał, żeby walki były takim niesamowitym baletem w stylu Chana. To miało być kung-fu dla ubogich- kung-fu efekciarskie, hollywodzkie, wzbudzające emocje, choć niekoniecznie realistyczne czy ultraszybkie. Ich celem nie było konkurowanie z Chanem. Nie wiem czy tego nie widzicie?
Dziwi mnie to, że nagle na tym forum nie lubią Matrixa. Wszycy uznają to jednogłośnie za szambo jakiego świat nie widział. Kiedy ten film trafił do kin wszędzie słyszałem ochy i achy na jego temat, sam zobaczyłem go dopiero na VHS i dołączyłem się do tych zachwytów. Musimy sobie powidzieć szczerze, że wcześniej nie było takiego filmu- nieważne czy uważamy go tylko za płytkie widowisko pełne migających kolorków. Ludzi oczarowała wizja Wachowskich. Jednak dziś, kiedy co drugi film jest wizualną kalką Matrixa, kiedy przełomowść efektu bullet-time zniknęła gdzieś pośród kolejnych nieudolnych, wepchanych na siłę kopii (bo przecież każdy musi być cool i chce pokazać pędzące kule, chociaż wiadomo, że co zdolniejszy amator może to zrobić na swoim komputerze w domu), trendy jest mówić: "Matrix to gówno. Mnie nigdy nie bawił ten prostacki filmik. Tylko zapryszczeni nastolatkowie zachwycają się tymi pomyjami. FX w tym filmie to tylko i wyłącznie efekciarstwo niepotrzebne kinu". Kurde ludzie, czego wy wymagacie? Czepianie się tego filmu przypomina mi dyskusję o tym, czy Marty McFly mógł zrobić to czy tamto podczas swoich podróży i czy scenarzyści się gdzieś nie pomylili. Dla mnie Matrix jest i pozostanie klasykiem gatunku, który zajmuje swoje miejsce obok innych dzieł s-f, bo Matrix miał wielki wpływ na późniejsze kino s-f, tak jak Terminator (1 i 2), Alien(s), Star Wars (też jest trendy mówić, że to szlam, a większość z nas nie mogła odkleić nosów od ekranów, kiedy była jeszcze dziećmi i nie podchodziła tak analitycznie do kina rozrywkowego) itd.
A odnośnie GITS: nie lubię filmów przegadanych, a GITS ewidentnie taki jest. Oglądnąłem GITS 1 i 2, rozumiem je, zawarto w nich ciekawe przemyślenia, sceny akcji były efektowne (chociaż więcej emocji budziły we mnie te z GITS: Innocence), ale wciąż są ślamazarne, BladeRunneropodobne. Narracja w filmie nie może mnie usypiać i kilka fajnych scen nie uratuje u mnie całego obrazu. Jeśli GITS byłby książką, to przeczytałbym ją i pewnie uznałbym za dobrą, bo na pamierze takie coś wygląda inaczej i inaczej się to odbiera. Zbyt duże natężenie filozofii na ekranie telewizora wywołuje u mnie okresowe rozwarcie szczęki i w efekcie doprowadza do stanu nieprzytomności.
24-09-2007, 19:04






