Opowiadania mi niespecjalnie podeszły - znaczy, czyta się to szybko i bezproblemowo, ale fabuły wydały mi się dość byle jakie (a niektóre, typu "przybywa wiedźmin rozprawić się ze strzygą i się z nią rozprawia" swoją prostotą przywodzą na myśl słabsze opowiadania o Conanie - choć napisane są finezyjniej).
Saga podobała mi się dużo bardziej i przez bite cztery tomiszcza uważałem, że , kurde, no faktycznie, dobre to jest (nie byłem tylko pewien, czemu cykl książek z gościnnie występującym wiedźminem zwykło się nazywać "sagą o wiedźminie"). A potem przyszła pora na "Panią Jeziora" i całe moje dobre wrażenie poszło się, że tak powiem, chędożyć. To właśnie piąty tom ponosi winę za to, że do wiedźmińskiej sagi więcej pewnie nie sięgnę.
Wygląda to tak, jakby Sapkowskiemu płacili za każdą stronę i musiał wyczyniać cuda na kiju, coby sobie tych stron ponabijać. Wątek Nimue i Codwiramurs - na cholerę? Co to wnosi? Nic nie wnosi. A skoro nic, to po licho się nad nim tak rozpisywać? Ciri błąkająca się po różnych światach - Święci Pańscy, WTF?! Na grzyba komu w książce taki masakryczny zastój? Równie dobrze mogłaby odwiedzić tylko ze dwa światy, a równie dobrze pięćdziesiąt osiem - to nie ma znaczenia dla fabuły. Ten fragment wygląda na zwykłą literacką popisówkę, tylko nie wiadomo czym właściwie się tu autor popisuje, bo takie epizodyczne przerzucanie postaci po światach i czasach akurat szczytów pisarskiej finezji nie wymagało.
O, albo cały rozdział na opisanie tej jakże ważnej bitwy, w której biorą udział same nieistotne postacie, a także postacie, których dotąd w sadze w ogóle nie było (jak ten medyk-krasnolud). Ma mnie to obchodzić? Taki był zamysł?
No i dygresji pod sam sufit, a co kolejna, to zaburza mi wczucie się w opowieść. I naprawdę no, nie bijcie, ale ja na serio nie wiem, czemu one służą. Jest np. ze Jaskier pisze te swoje wspomnienia. Cięcie! I przechodzimy do następnej sceny, dziejącej się w odległej przyszłości, gdzie rękopis Jaskra wpadł w ręce jakichś tam ludzi. Ciach, koniec wątku, nie wracamy do tego.
Albo nagle w połowie którejś części sagi (głowy nie dam, ale chyba trzeciej) opowieść się nagle urywa, by Sapek mógł nam zaserwować fragment z jakimiś dzieciakami i dziadem-opowiadaczem. Że to niby on po latach opowiada o Geralcie, Yennefer i Ciri. Co dotychczas na to wskazywało? Nic. Do czego to będzie prowadzić? Ano do niczego, bo więcej nie będzie o tym żadnej wzmianki. Ja rozumiem coś takiego, że np. zaczynacie książkę tak, że przychodzi dziad-bajarz i zaczyna snuć opowieść. Ksiązka się kończy, to wrzucacie jeszcze jedną scenkę (konstrukcja ramowa, te sprawy). Ewentualnie jeszcze wciskacie jakieś przerywniki z dziadem w międzyczasie. Ale nie, do kroćset, że opowieść sobie normalnie leci już przez dwa i pół tomu, nagle PAUZA - robicie scenę z bajarzem - i dobra, lecimy dalej i nie poruszamy tego już nigdy więcej.
Pod względem konstrukcji ta saga to jakieś kuriozum. Może i kuriozum, które się dobrze czyta (poza częścią piątą, w której czytelnicza przyjemność zostaje już złożona bez krępacji na ołtarzu kuriozalności), ale zawsze.
PS. Brak map, kronik i innych takich bzdetów też uważam za plus. I, odpowiadając na pytanie, które gdzieś tam wcześniej padło, ja w swoich pisarskich próbach, nawet tych z czasów szkolnych, nie starałem się nigdy naśladować Tolkiena (choć może wiązało się to nie tyle z brakiem chęci, co talentu) i od zawsze stawiałem fabułę ponad samą kreacją fikcyjnego świata.
PS2. Czy ktoś wie właściwie, czemu w świecie wiedźmina wszyscy gadają jak menelnia spod monopolowego? Bo ja rozumiem koloryt, żywą mowę i te sprawy, ale po pewnym czasie zaczęło mnie przy czytaniu bawić, że wszyscy rzucają bluzgami i co drugie zdanie, to leci coś o chędożeniu - bez względu na to, czy pada to z ust prawdziwego menela spod monopolowego, wiedźmina, rycerza, barda czy królowej. Czy dobre dialogi nie powinny być jakoś zróżnicowane? No wiecie, tak żeby wypowiedzi były indywidualnie dostosowane do danej postaci, pozycji jaką ona zajmuje, jej towarzyskiego obycia itp?
Saga podobała mi się dużo bardziej i przez bite cztery tomiszcza uważałem, że , kurde, no faktycznie, dobre to jest (nie byłem tylko pewien, czemu cykl książek z gościnnie występującym wiedźminem zwykło się nazywać "sagą o wiedźminie"). A potem przyszła pora na "Panią Jeziora" i całe moje dobre wrażenie poszło się, że tak powiem, chędożyć. To właśnie piąty tom ponosi winę za to, że do wiedźmińskiej sagi więcej pewnie nie sięgnę.
Wygląda to tak, jakby Sapkowskiemu płacili za każdą stronę i musiał wyczyniać cuda na kiju, coby sobie tych stron ponabijać. Wątek Nimue i Codwiramurs - na cholerę? Co to wnosi? Nic nie wnosi. A skoro nic, to po licho się nad nim tak rozpisywać? Ciri błąkająca się po różnych światach - Święci Pańscy, WTF?! Na grzyba komu w książce taki masakryczny zastój? Równie dobrze mogłaby odwiedzić tylko ze dwa światy, a równie dobrze pięćdziesiąt osiem - to nie ma znaczenia dla fabuły. Ten fragment wygląda na zwykłą literacką popisówkę, tylko nie wiadomo czym właściwie się tu autor popisuje, bo takie epizodyczne przerzucanie postaci po światach i czasach akurat szczytów pisarskiej finezji nie wymagało.
O, albo cały rozdział na opisanie tej jakże ważnej bitwy, w której biorą udział same nieistotne postacie, a także postacie, których dotąd w sadze w ogóle nie było (jak ten medyk-krasnolud). Ma mnie to obchodzić? Taki był zamysł?
No i dygresji pod sam sufit, a co kolejna, to zaburza mi wczucie się w opowieść. I naprawdę no, nie bijcie, ale ja na serio nie wiem, czemu one służą. Jest np. ze Jaskier pisze te swoje wspomnienia. Cięcie! I przechodzimy do następnej sceny, dziejącej się w odległej przyszłości, gdzie rękopis Jaskra wpadł w ręce jakichś tam ludzi. Ciach, koniec wątku, nie wracamy do tego.
Albo nagle w połowie którejś części sagi (głowy nie dam, ale chyba trzeciej) opowieść się nagle urywa, by Sapek mógł nam zaserwować fragment z jakimiś dzieciakami i dziadem-opowiadaczem. Że to niby on po latach opowiada o Geralcie, Yennefer i Ciri. Co dotychczas na to wskazywało? Nic. Do czego to będzie prowadzić? Ano do niczego, bo więcej nie będzie o tym żadnej wzmianki. Ja rozumiem coś takiego, że np. zaczynacie książkę tak, że przychodzi dziad-bajarz i zaczyna snuć opowieść. Ksiązka się kończy, to wrzucacie jeszcze jedną scenkę (konstrukcja ramowa, te sprawy). Ewentualnie jeszcze wciskacie jakieś przerywniki z dziadem w międzyczasie. Ale nie, do kroćset, że opowieść sobie normalnie leci już przez dwa i pół tomu, nagle PAUZA - robicie scenę z bajarzem - i dobra, lecimy dalej i nie poruszamy tego już nigdy więcej.
Pod względem konstrukcji ta saga to jakieś kuriozum. Może i kuriozum, które się dobrze czyta (poza częścią piątą, w której czytelnicza przyjemność zostaje już złożona bez krępacji na ołtarzu kuriozalności), ale zawsze.
PS. Brak map, kronik i innych takich bzdetów też uważam za plus. I, odpowiadając na pytanie, które gdzieś tam wcześniej padło, ja w swoich pisarskich próbach, nawet tych z czasów szkolnych, nie starałem się nigdy naśladować Tolkiena (choć może wiązało się to nie tyle z brakiem chęci, co talentu) i od zawsze stawiałem fabułę ponad samą kreacją fikcyjnego świata.
PS2. Czy ktoś wie właściwie, czemu w świecie wiedźmina wszyscy gadają jak menelnia spod monopolowego? Bo ja rozumiem koloryt, żywą mowę i te sprawy, ale po pewnym czasie zaczęło mnie przy czytaniu bawić, że wszyscy rzucają bluzgami i co drugie zdanie, to leci coś o chędożeniu - bez względu na to, czy pada to z ust prawdziwego menela spod monopolowego, wiedźmina, rycerza, barda czy królowej. Czy dobre dialogi nie powinny być jakoś zróżnicowane? No wiecie, tak żeby wypowiedzi były indywidualnie dostosowane do danej postaci, pozycji jaką ona zajmuje, jej towarzyskiego obycia itp?
28-06-2016, 09:28





