Aladyn - powtórka po ok. 20 latach. Oczywiście mowa o samym serialu, bo film pełnometrażowy oglądałem wiele razy - wałkowałem go do upadłego za dzieciaka i nadal co jakiś czas do niego wracam, zawsze z niekłamaną przyjemnością.
Co mogę rzec o serialu? Że oczywiście nie jest na poziomie filmu - ale o to byłoby trudno (zwłaszcza, że "Aladyn" to, co tu dużo gadać, mój najulubieńszy film Disneya obok "Herkulesa", tych samych twórców zresztą). Nie mam jednak wątpliwości, że to najbardziej udany eksperyment z cyklu "zrobiliśmy pełnometrażówkę, to teraz walnijmy serial". Na pewno lepsze niż inne tego typu serialowe dzieła (jak "Mała syrenka", "Herkules", "Legenda Tarzana" czy choćby "Mała Księga Dżungli").
Najlepiej świadczy o "Aladynie" to, że nie rozczarował mnie po latach, a o to bardzo trudno w przypadku lubianych seriali z dzieciństwa i pozostałe disnejowskie tasiemce, które chłonąłem jako dziecko, zawiodły dorosłego mnie. Nie żeby były złe, dla dzieci są nawet - wciąż tak uważam - świetną pozycją, ale właśnie niewiele mają do zaoferowania starszej widowni. To znaczy, nie zrozumcie mnie źle, w zasadzie każdy z nich ma ileś dobrych odcinków, które wciąż się fajnie ogląda - więcej (Super Baloo, Gumisie) lub, niestety, mniej (Brygada RR), generalnie jednak dominują odcinki średnie lub wręcz słabe. W "Aladynie" proporcje są już dużo korzystniejsze. Liczyć - nie liczyłem, ale gdybym miał ocenić na oko, to myślę, że podobało mi się jakieś trzy czwarte odcinków. A to znaczy, że naprawdę jest nieźle, bo po doświadczeniach z innymi serialami z dzieciństwa (zwłaszcza z "Muminkami" czy wspomnianą już "Brygadą RR") nastawiałem się raczej na kolejne twarde zderzenie z rzeczywistością.
A czemu serial jest fajny? Bo wciąż czuć w tym nastrój przygody i tajemnicy. Cuda, dziwy, czary, potwory. Wiele odcinków jest opartych na naprawdę ciekawych pomysłach, a i często pojawiają się też nieźle wykombinowane zwroty akcji (nie no, nie powodują u dorosłego widza opadu szczęki, ale i tak to lepsze niż to, co serwuje większość tych seriali, i pokazuje, że twórcy z fabułami starali się robić coś ciekawego).
Cieszy też szeroka gama czarnych charakterów. Abis Mal, Mechanikles, Mozenrath, Nefir, Sadira, Miraż, Amin Damoola, Saleen, Ajam Aghoul, Malcho i wielu innych. Do wyboru do koloru. A nie liczę oczywiście tych, którzy mają tylko jednoodcinkowy występ. Dzięki takiemu zróżnicowaniu łotrów serial nie wpada w monotonię, bo nie są oni zrobieni na jedno kopyto - mamy tu takich będących prawdziwym wcieleniem zła (Mozenrath, Miraż), jak i gamoniowatych nieudaczników (Abis Mal) czy wreszcie takich, którzy nie są z gruntu źli, a jedynie, można rzec, pobłądzili (Sadira, Minos i Fatima).
Z innych spostrzeżeń: wiele razy odnosiłem wrażenie, że serial powinien się raczej nazywać "Kumple Aladyna", bo poważnie, odcinki częściej niż na tytułowym bohaterze, skupiają się na Dżinie czy Jago. I jakkolwiek okrutnie wobec Aladyna to zabrzmi, jest to jeden z powodów, dla których dobrze się to ogląda, bo te postacie są po prostu dużo barwniejsze i oglądanie ich w akcji daje więcej frajdy.
Tak, Aladyn i Dżasmina nie są tacy ciekawi. Ile można oglądać, jak się do siebie migdalą i co chwilę robią słodkie oczy? Znaczy, lubię tę parę, ale bardziej właśnie w filmie pełnometrażowym, gdzie ich relacje zostały bardzo ładnie poprowadzone, z tym typowo disnejowskim wyczuciem romantyzmu (no naprawdę, do dziś mało widziałem na ekranie bardziej romantycznych rzeczy niż lot Ala i Dżasminy na dywanie przy akompaniamencie "A whole new world"), bo co można więcej zrobić z tymi postaciami? Serial pokazuje, że raczej niewiele. Ci bohaterowie, jak i ich relacje, sprawiają więc często wrażenie banalnych, mdłych czy nawet przesłodzonych. Okazyjnie twórcy próbują to zmienić i zakłócić ich krystaliczny obraz, ale wtedy np. Aladyn wychodzi na tępego buca, a Dżasmina na upartą zołzę i to wydaje się brać znikąd i nie pasować do tych postaci.
Dżin i Jago zapewniają więc dużo lepszą rozrywkę. Dżin może trochę mniej, bo choć bywa zabawny, owszem, to strasznie często jednak rzuca sucharami (jeśli idzie o humor, to zdecydowanie zabawniejsze rzeczy odstawiał nie tylko w oryginalnym filmie, ale choćby w takim "Aladynie i królu złodziei"), za to Jago jest niezawodny. Dopiero w serialu ta postać mogła rozwinąć skrzydła (ha, ha, skrzydła, kapujecie, bo to papuga - no czemu nikt się nie śmieje?). Po prostu w gronie szlachetnych, odważnych i w ogóle nieskazitelnych bohaterów, bardzo się przydaje w roli przeciwwagi taka zgryźliwa, cyniczna i egocentryczna postać. Jago ma tu zdecydowanie najlepsze teksty - czasem co bardziej przesłodzone sceny Ala i Dżasminy lub co gorsze suchary Dżina da się przetrwać tylko dzięki następującemu zaraz po nich sarkastycznemu komentarzowi Jaga. Tak więc, w filmach mi on zwisa, ale w serialu uwielbiam tego gościa.
A do czego się można przyczepić? A chociażby do spadania. Tak, nie wiem czy to tylko moje wrażenie, ale Aladyn stanowczo za często spada. Ze wszystkiego. Z wież, balkonów, urwisk, przepaści. Chyba prawie w każdym odcinku. I ma to być dramatyczne. On leci w dół z krzykiem, Dżasmina woła z rozpaczą: "ALADYNIE!!!" i robią zaciemnienie obrazu, że niby, wiecie, dramatyzm 200% i nie wiadomo, czy Al przeżyje. Tyle tylko że wiadomo, bo chłop ma latający chodnik, który zawsze go złapie tuż nad ziemią. Zawsze zdąży, choćby wystartował z kosmicznym opóźnieniem. Choćby znajdował się w innej komnacie czy innym królestwie, zawsze da radę w ostatniej chwili uratować Ala przed rozkwaszeniem się o glebę.
To tak jak w "Transformerach". Kiedy widzisz, że Shia Beowulf spada z jakiejś niebotycznej wysokości, to nie myślisz: "O kurde, Sam zginie!", bo skoro już dziesięć razy w takich sytuacjach zjawiał się znienacka Bumblebee czy jakiś inny Optimus, by go złapać, to masz wszelkie powody, by zakładać, że i teraz tak się stanie. No i jeśli widziałeś, że dywan w ostatniej chwili ocalił Aladyna w dwudziestu odcinkach, to tego typu sytuacje nie będą bynajmniej sprawiały, że będziesz obgryzać paznokcie z napięcia. Ale twórcy najwyraźniej tego nie rozumieją, bo z uporem zrzucają ciągle Ala z dużych wysokości i nigdy im się to nie nudzi.
Na minus też to, że odcinki są wymieszane losowo, wbrew chronologii wydarzeń i potem widzowie sami muszą składać do kupy różne wskazówki, by ustalić, który odcinek jaki numer tak naprawdę powinien mieć przypisany. Głupie to trochę jak oglądasz serial bez tej świadomości i pojawia się postać, którą jako widz powinieneś już znać, ale nie, bo odcinek, który ją wprowadza, jest dopiero przed tobą. Jest sporo takich odcinków ustawionych w niewłaściwej kolejności i nie dziwota, że na różnych forach internetowych fani od lat próbują rozkminić chronologiczny porządek serialu.
Polski dubbing też nie zawsze daje radę. Zwłaszcza, że głosy postaci nieraz się zmieniają, a już w ogóle przegięciem jest kiedy jeden aktor podkłada głos za więcej postaci, zwłaszcza jeśli ma charakterystyczny głos (jak np. Nefir, który nagle w jednym odcinku, ni stąd ni zowąd, gada głosem Mechaniklesa - a to tylko jeden z wielu przykładów).
Samo tłumaczenie bywa kulawe. A i nieraz te same nazwy własne są różnie tłumaczone w zależności od odcinka (Uncouthma - Niezgraba, knypki - czarty, Odorat - Smrodlandia, Genie - Eden).
Mankamenty nie zmieniają jednak faktu, że generalnie jestem z tej powtórki po latach zadowolony i jak na razie serialowy "Aladyn" zajmuje u mnie trzecie miejsce na podium disnejowskich seriali rysunkowych (drugie dla "Gravity Falls", pierwsze dla "Kim Kolwiek").
Co mogę rzec o serialu? Że oczywiście nie jest na poziomie filmu - ale o to byłoby trudno (zwłaszcza, że "Aladyn" to, co tu dużo gadać, mój najulubieńszy film Disneya obok "Herkulesa", tych samych twórców zresztą). Nie mam jednak wątpliwości, że to najbardziej udany eksperyment z cyklu "zrobiliśmy pełnometrażówkę, to teraz walnijmy serial". Na pewno lepsze niż inne tego typu serialowe dzieła (jak "Mała syrenka", "Herkules", "Legenda Tarzana" czy choćby "Mała Księga Dżungli").
Najlepiej świadczy o "Aladynie" to, że nie rozczarował mnie po latach, a o to bardzo trudno w przypadku lubianych seriali z dzieciństwa i pozostałe disnejowskie tasiemce, które chłonąłem jako dziecko, zawiodły dorosłego mnie. Nie żeby były złe, dla dzieci są nawet - wciąż tak uważam - świetną pozycją, ale właśnie niewiele mają do zaoferowania starszej widowni. To znaczy, nie zrozumcie mnie źle, w zasadzie każdy z nich ma ileś dobrych odcinków, które wciąż się fajnie ogląda - więcej (Super Baloo, Gumisie) lub, niestety, mniej (Brygada RR), generalnie jednak dominują odcinki średnie lub wręcz słabe. W "Aladynie" proporcje są już dużo korzystniejsze. Liczyć - nie liczyłem, ale gdybym miał ocenić na oko, to myślę, że podobało mi się jakieś trzy czwarte odcinków. A to znaczy, że naprawdę jest nieźle, bo po doświadczeniach z innymi serialami z dzieciństwa (zwłaszcza z "Muminkami" czy wspomnianą już "Brygadą RR") nastawiałem się raczej na kolejne twarde zderzenie z rzeczywistością.
A czemu serial jest fajny? Bo wciąż czuć w tym nastrój przygody i tajemnicy. Cuda, dziwy, czary, potwory. Wiele odcinków jest opartych na naprawdę ciekawych pomysłach, a i często pojawiają się też nieźle wykombinowane zwroty akcji (nie no, nie powodują u dorosłego widza opadu szczęki, ale i tak to lepsze niż to, co serwuje większość tych seriali, i pokazuje, że twórcy z fabułami starali się robić coś ciekawego).
Cieszy też szeroka gama czarnych charakterów. Abis Mal, Mechanikles, Mozenrath, Nefir, Sadira, Miraż, Amin Damoola, Saleen, Ajam Aghoul, Malcho i wielu innych. Do wyboru do koloru. A nie liczę oczywiście tych, którzy mają tylko jednoodcinkowy występ. Dzięki takiemu zróżnicowaniu łotrów serial nie wpada w monotonię, bo nie są oni zrobieni na jedno kopyto - mamy tu takich będących prawdziwym wcieleniem zła (Mozenrath, Miraż), jak i gamoniowatych nieudaczników (Abis Mal) czy wreszcie takich, którzy nie są z gruntu źli, a jedynie, można rzec, pobłądzili (Sadira, Minos i Fatima).
Z innych spostrzeżeń: wiele razy odnosiłem wrażenie, że serial powinien się raczej nazywać "Kumple Aladyna", bo poważnie, odcinki częściej niż na tytułowym bohaterze, skupiają się na Dżinie czy Jago. I jakkolwiek okrutnie wobec Aladyna to zabrzmi, jest to jeden z powodów, dla których dobrze się to ogląda, bo te postacie są po prostu dużo barwniejsze i oglądanie ich w akcji daje więcej frajdy.
Tak, Aladyn i Dżasmina nie są tacy ciekawi. Ile można oglądać, jak się do siebie migdalą i co chwilę robią słodkie oczy? Znaczy, lubię tę parę, ale bardziej właśnie w filmie pełnometrażowym, gdzie ich relacje zostały bardzo ładnie poprowadzone, z tym typowo disnejowskim wyczuciem romantyzmu (no naprawdę, do dziś mało widziałem na ekranie bardziej romantycznych rzeczy niż lot Ala i Dżasminy na dywanie przy akompaniamencie "A whole new world"), bo co można więcej zrobić z tymi postaciami? Serial pokazuje, że raczej niewiele. Ci bohaterowie, jak i ich relacje, sprawiają więc często wrażenie banalnych, mdłych czy nawet przesłodzonych. Okazyjnie twórcy próbują to zmienić i zakłócić ich krystaliczny obraz, ale wtedy np. Aladyn wychodzi na tępego buca, a Dżasmina na upartą zołzę i to wydaje się brać znikąd i nie pasować do tych postaci.
Dżin i Jago zapewniają więc dużo lepszą rozrywkę. Dżin może trochę mniej, bo choć bywa zabawny, owszem, to strasznie często jednak rzuca sucharami (jeśli idzie o humor, to zdecydowanie zabawniejsze rzeczy odstawiał nie tylko w oryginalnym filmie, ale choćby w takim "Aladynie i królu złodziei"), za to Jago jest niezawodny. Dopiero w serialu ta postać mogła rozwinąć skrzydła (ha, ha, skrzydła, kapujecie, bo to papuga - no czemu nikt się nie śmieje?). Po prostu w gronie szlachetnych, odważnych i w ogóle nieskazitelnych bohaterów, bardzo się przydaje w roli przeciwwagi taka zgryźliwa, cyniczna i egocentryczna postać. Jago ma tu zdecydowanie najlepsze teksty - czasem co bardziej przesłodzone sceny Ala i Dżasminy lub co gorsze suchary Dżina da się przetrwać tylko dzięki następującemu zaraz po nich sarkastycznemu komentarzowi Jaga. Tak więc, w filmach mi on zwisa, ale w serialu uwielbiam tego gościa.
A do czego się można przyczepić? A chociażby do spadania. Tak, nie wiem czy to tylko moje wrażenie, ale Aladyn stanowczo za często spada. Ze wszystkiego. Z wież, balkonów, urwisk, przepaści. Chyba prawie w każdym odcinku. I ma to być dramatyczne. On leci w dół z krzykiem, Dżasmina woła z rozpaczą: "ALADYNIE!!!" i robią zaciemnienie obrazu, że niby, wiecie, dramatyzm 200% i nie wiadomo, czy Al przeżyje. Tyle tylko że wiadomo, bo chłop ma latający chodnik, który zawsze go złapie tuż nad ziemią. Zawsze zdąży, choćby wystartował z kosmicznym opóźnieniem. Choćby znajdował się w innej komnacie czy innym królestwie, zawsze da radę w ostatniej chwili uratować Ala przed rozkwaszeniem się o glebę.
To tak jak w "Transformerach". Kiedy widzisz, że Shia Beowulf spada z jakiejś niebotycznej wysokości, to nie myślisz: "O kurde, Sam zginie!", bo skoro już dziesięć razy w takich sytuacjach zjawiał się znienacka Bumblebee czy jakiś inny Optimus, by go złapać, to masz wszelkie powody, by zakładać, że i teraz tak się stanie. No i jeśli widziałeś, że dywan w ostatniej chwili ocalił Aladyna w dwudziestu odcinkach, to tego typu sytuacje nie będą bynajmniej sprawiały, że będziesz obgryzać paznokcie z napięcia. Ale twórcy najwyraźniej tego nie rozumieją, bo z uporem zrzucają ciągle Ala z dużych wysokości i nigdy im się to nie nudzi.
Na minus też to, że odcinki są wymieszane losowo, wbrew chronologii wydarzeń i potem widzowie sami muszą składać do kupy różne wskazówki, by ustalić, który odcinek jaki numer tak naprawdę powinien mieć przypisany. Głupie to trochę jak oglądasz serial bez tej świadomości i pojawia się postać, którą jako widz powinieneś już znać, ale nie, bo odcinek, który ją wprowadza, jest dopiero przed tobą. Jest sporo takich odcinków ustawionych w niewłaściwej kolejności i nie dziwota, że na różnych forach internetowych fani od lat próbują rozkminić chronologiczny porządek serialu.
Polski dubbing też nie zawsze daje radę. Zwłaszcza, że głosy postaci nieraz się zmieniają, a już w ogóle przegięciem jest kiedy jeden aktor podkłada głos za więcej postaci, zwłaszcza jeśli ma charakterystyczny głos (jak np. Nefir, który nagle w jednym odcinku, ni stąd ni zowąd, gada głosem Mechaniklesa - a to tylko jeden z wielu przykładów).
Samo tłumaczenie bywa kulawe. A i nieraz te same nazwy własne są różnie tłumaczone w zależności od odcinka (Uncouthma - Niezgraba, knypki - czarty, Odorat - Smrodlandia, Genie - Eden).
Mankamenty nie zmieniają jednak faktu, że generalnie jestem z tej powtórki po latach zadowolony i jak na razie serialowy "Aladyn" zajmuje u mnie trzecie miejsce na podium disnejowskich seriali rysunkowych (drugie dla "Gravity Falls", pierwsze dla "Kim Kolwiek").
31-07-2016, 18:39 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04-05-2023, 09:43 przez al_jarid.)





