Post pod postem, ale to chyba nie jest karalne?
Zresztą w tym przypadku, akurat dobrze się trafiło bo druga rzecz na podstawie prozy le Carre`a.
Ludzie Smileya (Smiley`s People) - 1982
Oglądałem bardzo dawno temu i postanowiłem sobie odświeżyć po latach. Tym bardziej, że Nocny recepcjonista mimo wszystko okazał się jednak porażką.
Cóż, ten serial to przede wszystkim teatr jednego aktora. Alec Guinness to dla mnie absolutnie idealna postać do obsadzenia Georga Smileya. Czytając książkę tylko jego mam przed oczami. Odpowiednio cichy, spokojny, trochę misiowaty i niezdarny. Raz, że zagrał znakomicie, a dwa, że fizycznie po prostu pasuje jak ulał. Ostatnio bardzo dobrze Smileya zagrał Oldman w "Tinker, tailor, soldier, spy". Ale jak aktorsko zagrał znakomicie, tak fizycznie jednak ciut za dobrze wyglądał. Mimo wąsa i okularów :D
Trochę dziwnie się ogląda taki zamierzchły serial dzisiaj. Jednak zdjęcia, montaż i cała strona wizualna zmieniły się bardzo w ciągu tych 30 lat. Z drugiej strony to ciekawa odmiana zobaczyć taki klasyczny i "po bożemu" zrobiony obraz. Bez szalonego montażu, super ostrych zdjęć itp. No ale pewnie nie każdy da radę przebrnąć.
Historia w sumie jest trochę zawikłana, ale nie skomplikowana. Prosto po nitce do kłębka. Żaden to zarzut, wręcz przeciwnie. Z ulgą człowiek patrzy na historię bez 30 najczęściej bezsensownych twistów.
Muszę natomiast odświeżyć sobie książkę, bo jakoś za gładko się to wszystko w serialu rozwija, a jak pamiętam książka była trochę bardziej zawikłana. No ale może tak mi się tylko wydawało, bo dawno czytałem.
W skrócie - George Smiley siedzi sobie na emeryturze i dostaje od losu szansę na kolejną rundę ze swoim "odwiecznym" wrogiem z ZSRR - Karlą, bardzo fajnie "zagranego" przez Patricka Stewarta (w sumie pojawia się możne na 15 sekund, nie wypowiada ani słowa, i tylko przynosi jeden przedmiot).
Reszta obsady dotrzymuje kroku Guinnessowi, ale to raczej ciekawe i solidne tło niż jakieś fajerwerki aktorstwa.
W sumie chyba tyle. Kto będzie chciał to może się skusi, żeby zobaczyć jak to kiedyś kręcili seriale szpiegowskie. 6 godzin życia (6 odcinków) myślę można poświęcić.
Takie solidne 8/10.
PS. Szkoda, że po bardzo dobrym "Tinker, tailor, soldier, spy" Alfredsona (jest też miniserial z Guinnessem) jakoś ucichły pogłoski o drugim filmie (właśnie "Ludzie Smileya"). Reżyser, Oldman i reszta byli bardzo chętni i pozytywnie nastawieni, ale sprawa jakoś się rozeszła po kościach. 5 lat minęło i jakoś cicho w temacie. Szkoda, bo zobaczyłbym to w dzisiejszej stylistyce.
Zresztą w tym przypadku, akurat dobrze się trafiło bo druga rzecz na podstawie prozy le Carre`a.
Ludzie Smileya (Smiley`s People) - 1982
Oglądałem bardzo dawno temu i postanowiłem sobie odświeżyć po latach. Tym bardziej, że Nocny recepcjonista mimo wszystko okazał się jednak porażką.
Cóż, ten serial to przede wszystkim teatr jednego aktora. Alec Guinness to dla mnie absolutnie idealna postać do obsadzenia Georga Smileya. Czytając książkę tylko jego mam przed oczami. Odpowiednio cichy, spokojny, trochę misiowaty i niezdarny. Raz, że zagrał znakomicie, a dwa, że fizycznie po prostu pasuje jak ulał. Ostatnio bardzo dobrze Smileya zagrał Oldman w "Tinker, tailor, soldier, spy". Ale jak aktorsko zagrał znakomicie, tak fizycznie jednak ciut za dobrze wyglądał. Mimo wąsa i okularów :D
Trochę dziwnie się ogląda taki zamierzchły serial dzisiaj. Jednak zdjęcia, montaż i cała strona wizualna zmieniły się bardzo w ciągu tych 30 lat. Z drugiej strony to ciekawa odmiana zobaczyć taki klasyczny i "po bożemu" zrobiony obraz. Bez szalonego montażu, super ostrych zdjęć itp. No ale pewnie nie każdy da radę przebrnąć.
Historia w sumie jest trochę zawikłana, ale nie skomplikowana. Prosto po nitce do kłębka. Żaden to zarzut, wręcz przeciwnie. Z ulgą człowiek patrzy na historię bez 30 najczęściej bezsensownych twistów.
Muszę natomiast odświeżyć sobie książkę, bo jakoś za gładko się to wszystko w serialu rozwija, a jak pamiętam książka była trochę bardziej zawikłana. No ale może tak mi się tylko wydawało, bo dawno czytałem.
W skrócie - George Smiley siedzi sobie na emeryturze i dostaje od losu szansę na kolejną rundę ze swoim "odwiecznym" wrogiem z ZSRR - Karlą, bardzo fajnie "zagranego" przez Patricka Stewarta (w sumie pojawia się możne na 15 sekund, nie wypowiada ani słowa, i tylko przynosi jeden przedmiot).
Reszta obsady dotrzymuje kroku Guinnessowi, ale to raczej ciekawe i solidne tło niż jakieś fajerwerki aktorstwa.
W sumie chyba tyle. Kto będzie chciał to może się skusi, żeby zobaczyć jak to kiedyś kręcili seriale szpiegowskie. 6 godzin życia (6 odcinków) myślę można poświęcić.
Takie solidne 8/10.
PS. Szkoda, że po bardzo dobrym "Tinker, tailor, soldier, spy" Alfredsona (jest też miniserial z Guinnessem) jakoś ucichły pogłoski o drugim filmie (właśnie "Ludzie Smileya"). Reżyser, Oldman i reszta byli bardzo chętni i pozytywnie nastawieni, ale sprawa jakoś się rozeszła po kościach. 5 lat minęło i jakoś cicho w temacie. Szkoda, bo zobaczyłbym to w dzisiejszej stylistyce.
Zabili Pana Jezusa i wyłączyli komentarze...
12-08-2016, 22:16






